niedziela, 29 kwietnia 2018

It's NOT only a body


<szuszuszu znowu zrobię ten patent z tym, żeby pod linkiem na nie pojawił się żaden fragment z notki hihihi tajemnicza Olcia>

Hej wszystkim :)

Lato w pełni można by powiedzieć, choć mamy dopiero niecałą połowę kalendarzowej wiosny. Z jednej strony uwielbiam te ciepłe dni, a z drugiej... o wiele trudniej jest się wówczas zmotywować do nauki. Patrząc na to ile jej mam, to właściwie wolałabym, żeby było zimno i padał deszcz. I tak nie mogę się nacieszyć ciepłymi dniami, tylko muszę siedzieć w domu i przekonywać się do nauki, jak na razie masakra, czytam, czytam i nie wiem o czym. Mam nadzieję, że szybko mi to minie. Póki co staram się nie denerwować i poczekać na przypływ jakiegoś takiego spokoju i koncentracji.

Pomyślałam więc sobie - napiszę coś do Was, dla Was, bo już od jakiegoś czasu nie było wpisu na blogu.
Jak widzicie po tytule, temat moich dzisiejszych rozmyślań będzie w kontrze do częstego instagramowego/facebookowego zawołania niektórych dziewczyn: "Don't be afraid/ don't be shocked it's only a body" pod zdjęciami w których, w najlepszym wypadku, pozują w mocno wykrojonej bieliźnie.
I właśnie... czy "tylko", czy "aż" ciało?

Zwrot "It's only a body" kojarzy mi się z pewnym uprzedmiotowieniem - "to tylko samochód, nie panikuj, jak się porysuje, to zawsze można coś z tym zrobić", "to tylko waza, to nic, że się stłukła, kupisz sobie nową", "to tylko telefon, wymienisz szybkę i będzie ok."
Chociaż właściwie, co smutne,  niekiedy nawet o wymienione powyżej rzeczy dba się bardziej niż o własne ciało, chociaż można je naprawić, zregenerować, wymienić na nowe. Z ciałem już nie tak prosto.

Zwrot "It's only a body" pod "odważnymi" zdjęciami kojarzy mi się z pewnym przyzwoleniem. Przyzwoleniem na to by żądni wrażeń panowie z czterech świata stron (a czasem i panie) przypadkowi panowie, w różnym wieku, w różnej sytuacji życiowej, uczynili sobie na kilka minut ową kobietę, a właściwie jej "only body" obiektem westchnień (i nie chodzi tu o westchnienia stricte duchowe). Ci mniej wymagający uczynią je celem, Ci bardziej zaawansowani jedną z wielu pobudek owej "przygody".
To i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Gorzej, gdy ci mężczyźni spotkają jedną z tych dziewczyn w realnym świecie. A ta kobieta, już mająca na sobie trochę więcej, nie zmieni jednak celu swoich dążeń i aspiracji. Nadal będzie starała się być niezobowiązująco kusząca, z pozoru "tylko dla siebie", z pozoru "lepiej się wtedy czuję". Jednakże mężczyzna ów myśli wąskotorowo. Patrzy i widzi, to, co widzi.

Później taka kobieta wypisuje pełne dramaturgii posty na rozmaitych grupach facebook"owych: "Faceci to świnie, nie potrafią szanować dziewczyn, chodzi im tylko o dupę i cycki!" lub bardziej nostalgiczne: "Znowu mi nie wyszło z kolejnym chłopakiem, jestem beznadziejna, w ogóle faceci są beznadziejni, myślą tylko o jednym, a później zostawiają."
I wieczorem tego samego dnia, coby poprawić sobie humor wrzuca na instagram zdjęcie w koronkowej bieliźnie z ponętnie rozchylonymi ustami, wyrazistym makijażu i mówiącym wszystko spojrzeniu. Koło się zamyka, a cały proces rozpoczyna się od początku.

To nie tylko ciało, to aż ciało. Bo w tym ciele egzystują sobie także inne aspekty bycia człowiekiem.  Jego osobowość, wiedza, zainteresowania, uczucia, lęki, wspomnienia, pasje, dramaty, szczęścia oraz duchowość, poglądy, wiara, sumienie. Aspekty, których nie da się zważyć, ani zmierzyć, a niekiedy nawet zidentyfikować. Możemy odnaleźć geny, które warunkują po części taki, a nie inny charakter, ale nie możemy odnaleźć fizycznie w człowieku czegoś takiego jak "kochanie kogoś" (nie mówię tu o związkach chemicznych, które powodują stan zakochania, lecz o miłości stricte duchowej, polegającej na wyborze).

Aspekty, które są daleko bardziej żądne poznania przez świat niźli tylko ładne ciało. Ciało masz dla siebie, ktoś może chwilę popatrzeć i stwierdzić "ładna dziewczyna, przyjemnie się na nią patrzy" i to tyle, co dalej? Pasje i zainteresowania masz dla siebie, ale również dla innych. Możesz sama czerpać z tego radość, ale możesz też pomóc komuś tym, co potrafisz. Możesz kogoś interesującą dyskusją na tematy, które wydają Ci się porywające, dołączyć się do jakiejś większej akcji swoim wkładem. Bo było tam wielu ludzi. Ale nikt nie potrafił tego co Ty, brakowało jednego elementu, kogoś kto... (wstaw odpowiednie np: potrafi się tak świetnie odnaleźć w byciu liderem, pisze genialne teksty, najlepiej pociesza, ogarnia szczegóły, ma świetną pamięć, dobrze sobie radzi w sytuacjach kryzysowych, z łatwością wygłasza przemowy, zawsze doda odwagi... itp itd).

Jesteś wrażliwą, empatyczną, inteligentną, oczytaną dziewczyną, która realizuje się w życiu, nie boi się podejmować wyzwań i inicjatyw, potrafi porozmawiać na wiele mądrych tematów... A najbardziej skupiasz się na pokazywaniu innym - na pokazywaniu światu Twojego ciała, możliwie jak najbardziej odsłoniętego. Przyćmiewasz całą resztę. Chcesz by skupiano się na Twoim idealnym makijażu, na wyeksponowanych poszczególnych częściach ciała. W tle lub gdzieś obok czasami pojawiają się jakieś elementy imprezowania. Może na co dzień Twoje życie jest inne. Może specjalnie pokazujesz tylko tę "idealną" część życia. Może to forma swoistej autoterapii (czy skuteczna?)
 Ale cholera, jaki świat byłby piękny, gdyby każda kobieta uwierzyła w swoją wewnętrzną wartość i skupiła się na tym, by dzielić się nią z innymi. By nie bała się pokazać - że pomimo modnego makijażu, który nosi co druga dziewczyna, ubrań na topie, pomimo trendu na pozy do zdjęć - pomimo tego wszystkiego czym upodabnia się do pewnego "ideału", jest inna, jest wyjątkowa, jest indywidualistką. Ma pewną niepowtarzalną kombinację cech. Interesuje się kulturą wschodnią, hipoterapią, astronomią, życiem zwierząt morskich lub też mechatroniką. W kogoś, coś wierzy, a w coś nie wierzy. Zdobywanie wiedzy jest dla niej czymś ważnym. Kocha swoją rodzinę i będzie odwiedzać ją częściej niż tylko na święta. Ma swoje poglądy i zasady. Czegoś nie zrobi (nie musi Ci się tłumaczyć dlaczego, ma prawo).
Jaki świat byłby piękny... Wierzę, że takich kobiet jest wiele i mam nadzieję, że będzie jak najwięcej.

Zapytasz się zapewne - zaraz, zaraz, dlaczego więc "aż ciało", z tego co tu piszesz, wychodzi na to, że są ważniejsze aspekty. - Ano są. Ale gdyby nie ciało, jak byśmy je wyrażali? Gdyby nie piękny i zadbany wygląd, nasze wysiłki nawiązania dialogu, relacji z innymi byłyby mniej efektywne. Smutno mi, gdy widzę zaniedbane kobiety w dresach, z nieumytymi włosami, smętnym spojrzeniem, poruszające się męskim krokiem. Mogą mieć wiele do dobrego zaoferowania, ale... nie chcą? Nie ma kobiet brzydkich, są tylko takie, które nie uwierzyły jeszcze w siłę kobiecości.
To aż ciało, nie dlatego, że jest celem wszystkich celów. To aż ciało, dlatego, że służy nam do czegoś więcej.
To aż ręce, które podajemy sobie na zgodę, które umożliwiają nam nieść innym pomoc, chociażby przeprowadzić staruszkę przez pasy lub pomóc wstać, gdy ktoś się przewrócił.
To aż nogi, dzięki którym możemy biegnąć w nocy do koleżanki, która chwilowo nie radzi sobie ze swoim życiem.
To aż głowa, w której roi się nam od pomysłów, inicjatyw, celów, dążeń, marzeń.
To aż serce, które utrzymuje nas przy życiu- reszta - miłość i te sprawy to już wymiar duchowy. Serce jednakże daje nam znać o pewnych sprawach - gdy się do czegoś zapalimy i ono zapala się z nami, gdy słyszymy wyznanie miłości, robi się nam na sercu ciepło. Dostosowuje się do naszego spokoju i do naszego strachu.
To aż twarz, dzięki której ukazujemy światu co w nas siedzi; naszą radość, smutek, gniew. To aż uśmiech, którym możemy poprawić komuś humor, pokrzepić, oswoić. To aż spojrzenie, które potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.

To aż ciało. Każdy chce by było ono piękne - to naturalne i dobre. Ale ciało to środek do czegoś, a nie cel wszystkiego. To środek do komunikacji, wykonywania pracy, myślenia, działania, czynienia dobra. Każda i każdy z nas chce być ładny i podziwiany. Podziw dla wyłącznie zewnętrznego piękna trwa krótko. Podziw dla piękna wewnętrznego, które właściwie powinno być synonimem dobra- trwa i trwa. Kiedy będą nas naprawdę podziwiać? Gdy o podziw nie zabiegamy, ale działamy; dajemy z siebie drugiemu człowiekowi - nasz czas, zainteresowanie, troskę, pomoc, radę, dyskusję. Gdy na celu mamy dobro, a nie podziw. Paradoksalne, ale tak jest.

Zrób więc to co możesz - upiększ się, daj sobie zrobić nową fryzurę, rób makijaż, załóż piękną sukienkę, zrób sobie profesjonalny manicure i nade wszystko włóż na siebie uśmiech. Idź w świat. I nie skupiaj się na tym, co inni myślą o Twoim wyglądzie, nie staraj się podobać każdemu, lecz skup się na relacjach z drugim człowiekiem. Przyjemnie będzie się na Ciebie patrzyło, ale zdobędziesz sympatię za swoją osobowość, indywidualizm, empatię i otwarcie na drugiego człowieka. Z czasem przestaniesz się przejmować, czy aby na pewno ta osoba z którą rozmawiałaś wyraziła wewnętrzne "ochy i achy" na Twój widok (zapewne nie, bo ludzie to zasadniczo egoiści i przez większość dnia myślą o sobie, więc może nawet ta druga osoba myślała w tym czasie czy to ona dobrze wygląda), a zaczniesz interesować się, czy ta rozmowa wniosła coś istotnego do życia Twojego lub tej osoby.
___________________________

To już tyle na dziś,
piszcie co Wy sądzicie na ten temat
It's only a body or it's not only a body?

Trzymajcie się
i trzymajcie kciuki za mnie bym znalazła tę motywację do nauki
Paaaaa! :)












poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Co dała mi w moim życiu OAZA ?



Heej Wam!:)

Wpadłam na pomysł o czym mogę napisać post, więc piszę. Pewnie część z Was wie, że należę do pewnej wspólnoty Kościoła jaką jest Ruch Światło-Życie znany szerszemu gronu odbiorców pod nazwą "Oaza". I dziś chcę powiedzieć Wam o 8 rzeczach, które dała (?) zmieniła (?) we mnie oaza.

1. Sprawiła, że stałam się odważniejsza i bardziej pewna siebie


Tak, zdecydowanie. Kiedyś bałam się odezwać w małym gronie, dziś gadam do stu osób i w sumie to nawet się już nie stresuję. Jakaś inicjatywa? Jedziemy z tym. Puszczam wodzę swojej kreatywności i w końcu mogę realizować choć część z moich "stu pomysłów na minutę". Na oazie, jeśli już się jest w niej od kilku lat, to są okazje do "publicznych przemów", które również oswajają strach. Pamiętam, że kiedyś nikt nie chciał poprowadzić wieczorku modlitewnego, moja grupa zrzuciła to na mnie. Bałam się, bo nie miałam w tym totalnie doświadczenia. Ale uzyskałam pomoc, przemogłam się i dałam radę. Teraz mogę takie coś robić bez żadnego stresu, czy oporu. Wiem, że coś potrafię i dzielę się tym, np piszę rozważania drogi krzyżowej, które później nasi uczestnicy czytają na takiej randomowej DK w parafii z wiernymi. Potrafię, więc wykorzystuję to; nie boję się dzielić z innymi tym co mam.

2. Polepszyła moją umiejętność nawiązywania relacji

Kiedyś bałam się ludzi. Teraz nie jest do mnie problemem zagadać do kogokolwiek. W czasach szkolnych, kiedy w szkole spotykałam się raczej z identycznie myślącymi ludźmi, bojącymi wychylić się poza schemat, w oazie spotkałam ludzi, którzy myślą samodzielnie i nie wstydzą się swojej odmienności, więcej - są pewni siebie i w tej odmienności się realizują. To był dla mnie szok - wow, istnieje taka młodzież. Spotkałam się tu z tolerancyjnymi ludźmi, nie patrzącymi zerojedynkowo (to jest fejm to go lubimy, to jest nie-fejm to go nie lubimy). Fakt, było kilka chamskich osób, które nie tolerowały indywidualizmu, ale takie osoby pochodziły parę miesięcy i zniechęciły się. Na dłużej zostały tylko te, którym rzeczywiście zależało na pogłębianiu swojej relacji z Panem Bogiem.
Zaczęłam otwierać się na ludzi i zawiązywać nowe znajomości, a część z nich trwa do dzisiaj. W końcu mogłam być sobą bez obawy o szykany. Bo ja byłam zawsze taką osobą, która nie zważała na to "co robią wszyscy" tylko kierowała się własnym rozumem. Wszystko co "zbiorowe" (np. wagary) mnie odrzucało. Gdy na polu urządzano bitwy na kije, szłam uprzednio do domu, by nie ponieść obrażeń. Wiele razy mogłam powiedzieć moim rówieśnikom po ich "wspaniałych" pomysłach, o których wiedziałam, że nie mają szansy się powieść tak jak im się wydaje - "A nie mówiłam?" Ale zazwyczaj powstrzymywałam się. Nie o tym jednak tutaj.


3. Nauczyła mnie zajmowania się dziećmi


Z dziećmi nie miałam raczej w życiu wiele do czynienia. To zmieniło się dopiero w oazie. Weź tu poprowadź spotkanie dla grupki dzieci z podstawówki... z początku mi nie wychodziło, ale po latach wprawy nauczyłam się nawiązywać dobre relacje z dziećmi i opowiadać im w sposób odpowiedni do ich wieku o wierze. Nauczyłam się także po prostu bawić z nimi, rozmawiać i spędzać czas. Teraz świat dzieci i młodszej młodzieży nie jest już dla mnie odległą planetą;). A już na pewno nie denerwują mnie tak jak kiedyś i o tym...

4. Nie denerwuję się już tak szybko


Wdech, wydech... to tylko dziecko, dzieci często mówią/robią głupoty i nie zdają sobie z tego sprawy i w większości przypadków też nie chcą źle. Ok wytłumaczę jeszcze raz. Dzieci zawsze będą robiły/ mówiły na przekór, okazywały swoje niezadowolenie, by chwilę później zapomnieć o wszystkim. Potrzebują jednak kogoś "nad nimi" kto powie im jasno, co mają zrobić, kogoś kto poskromi ich samowolę. Tego się nauczyłam.

5. Pokazała różne sposoby naprawdę dobrej zabawy

O tak, bawić się można na co najmniej sto sposobów i w żadnym z tych sposobów nie ma ani grama alkoholu, za to jest całe mnóstwo śmiechu. Czy to jako uczestnik, czy już jako animatorka - zawsze zadziwiało mnie, na jak wiele sposobów może bawić się taka typowa letnia 80 osobowa grupa. Większość osób po przekroczeniu pewnego wieku kończy z zabawami na zawsze, jakie to smutne! Ja mogę robić to nadal i bardzo mi to pasuje:)). Pomijając zwykłe zabawy z "pogodnego wieczorku" z oazą byłam też w parku trampolin, na kręgielni, na basenie (a propos wody mieliśmy też śmigus dyngus w wakacje ;) ), na przejażdżce wozem drabiniastnym (ha, kto z was wie dzisiaj co to?), w górach, na biwaku, na koncercie, w podziemiach, w ogrodzie botanicznym... Dyskoteki też mieliśmy. Tak, bawić się można na ponad sto sposobów!

6. Miałam okazję być... na wsi! I polubić ją

Taak, dla mnie jako typowego mieszczucha, pozostanie na wsi dłużej niż dzień to tragedia. Nie lubię tego zapachu, braku cywilizacji, typowej wiejskiej mentalności... Ale na oazie to mi prawie, że w ogóle nie przeszkadza:). Zaczynam dostrzegać plusy wiejskich klimatów. Cisza, spokój, łono przyrody, śpiew ptaków, świeże powietrze, dużo miejsca do gier, wędrówek, piękne gwieździste niebo w nocy. Sklep, czy dobry zasięg nie jest potrzebny - na co to komu, gdy przyjechało się po coś więcej. Im mniej rozpraszaczy, tym lepiej przeżyte rekolekcje. Wieś nie jest taka zła, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka - tego się nauczyłam.

7. Mogłam poznać niesamowite historie ludzi

Przez świadectwa małżeństw, księży, zakonnic, duchownego grekokatolickiego, innych wspólnot, świadectw osób nawróconych, a skończywszy na obserwacji życia kolegi, czy koleżanki. Co człowiek to inna historia. Na ich przykładzie zobaczyłam, że naprawdę można żyć inaczej - nie pod dyktando świata, ale po Bożemu i być przy tym naprawdę szczęśliwym. Że to działa, że "pyknęło". Dało mi to dużo nadziei i motywacji co do mojego życia. Posłuchałam o czymś, o czym w mediach nie posłucham. Zobaczyłam Bożych pozytywnych wariatów, którzy nie boją się głosić Ewangelii swoim życiem. Którzy z przekonaniem mówią "żyliśmy w czystości przed ślubem i wyszło nam to na dobre", "NPR naprawdę działa", "chcieliśmy mieć siedmioro dzieci, mamy i niczego nam nie brakuje, żyjemy w dostatku i szczęściu", "nie piję, bo nie mam ochoty, nie jest mi to do niczego potrzebne", "modliłam się przez dwa miesiące o nawrócenie nieznajomego", "byłem osiedlowym,  łysym Sebixem nagle przyszło powołanie i teraz jestem księdzem" itp itd.

8.  Nawróciłam się! I z każdym dniem staram się pogłębiać moją relację z Bogiem, dążyć do świętości przez całe życie.

Ten punkt zostawiłam na koniec, gdyż jest on najważniejszy i najistotniejszy, a wiadomo, że to co czyta się pod koniec najbardziej zapada w pamięć. Nie od zawsze z moją wiarą było wszystko okay. Nie wychowywałam się w jakiejś mega katolickiej rodzinie, a już na pewno nic nie słyszałam wcześniej o oazie, zanim do niej nie trafiłam. Byłam pozamykana w sobie na wszystkie strony i bałam się dopuścić do tego wszystkiego nawet samego Boga. Jednakże z roku na rok, dostawałam bodźce, dostawałam konkretne treści, słowa, czyny; widziałam, słyszałam, czułam - w Oazie - Boga, który działa. Z roku na rok ten mur sypał się (jak w tej grze, w której uderza się piłeczką w cegły i po paru uderzeniach taka jedna cegła znika), aż w końcu zawalił się na dobre. Nawróciłam się. Pozbyłam się dualizmu w moim jestestwie. Stałam się autentyczna. Miałam Boga, nie tylko na zewnątrz, w pobożnych praktykach ale i wewnątrz siebie. Uwierzyłam Jego Miłości, uwierzyłam temu, że on mnie naprawdę może przemieniać wciąż i wciąż.  Zapewne nie stałoby się to tak szybko (chociaż i tak to było trochę), gdyby nie treści, które dała mi Oaza, czy to podczas formacji rocznej na parafii, czy zwłaszcza podczas oazy letniej. Nie było siły, dawałam Mu okazję by do mnie dotarł - i zrobił to, złamał we mnie to, co mnie blokowało i nawróciłam się. I również po tym nawróceniu np fakt, że pojechałam na kolejną oazę letnią, tak to wszystko we mnie "uklepał", utwierdził. Mogłam się rozwijać dalej, żeby to wszystko się nie rozpłynęło. Zrozumiałam też bardziej Mszę Świętą, dowiedziałam się co nieco o liturgii i teraz przeżywam to wszystko bardziej świadomie niż dawniej. I tak jest do dziś, już nie stoję w miejscu jak kiedyś, ale idę kroczek po kroczku. Droga życia do Życia jest długa; bo do zmiany na lepsze w człowieku jest wiele; ale jakże ekscytująca, just belive in Him ;)
_________________________________

To tyle na dzisiaj
piszcie, czy mieliście do czynienia z Oazą albo inną grupą i co w Was ona zmieniła:)
Trzymajcie się
Paaaa!:)




czwartek, 29 marca 2018

A na co komu smaczne jajko?


No właśnie. Na co? Po co? Smaczne jajka można jeść przez cały rok.
Tak samo jak kiełbasę
i babkę
i pomarańcze
i chrzan (no dobra chrzan nigdy nie jest smaczny, przynajmniej dla mnie).

Królik? Ponoć lepszy od czekoladowego jest ten pieczony.
Kury i kaczki? Pojedź na wieś, zobaczysz ich w bród.
Zastanawiam się kiedy do tego wiejskiego inwentarza dołączy koń lub krowa.

No... jest jeszcze baranek. Co z tym fantem zrobić? Gdyby to jeszcze był zwykły baranek...ale nie. Musi mieć tę dziwną chorągiewkę. Phi, widział ktoś barana z chorągwią przy boku? Co też Ci wytwórcy wyrobów czekoladopodobnych i cukrowych mają w głowie.

Tak, zdecydowanie - baranek jest najbardziej podejrzany z tego całego towarzystwa.

Podejrzany... hmm to dobre słowo. Powiem Wam, że już kiedyś był podejrzany
i osądzony
i skazany
niesłusznie
niewinnie
pod osłoną nocy.
Baranek na rzeź prowadzony

Baranki, cielce - kiedyś składano je na ołtarzu jako ofiarę przebłagalną. Była to jednak ofiara niedoskonała, była niczym w porównaniu z ogromem zła, które popełnili ludzie. Potrzeba było czegoś więcej, a właściwie - Kogoś więcej. Baranka Bożego, który odda się dobrowolnie i złoży ofiarę doskonałą. Teraz proporcje się odwróciły - ogrom zła, które popełnili ludzie był niczym w porównaniu z tą właśnie ofiarą. Jedna kropla krwi, która pochodzi od Baranka potrafi zgładzić wszelkie ludzkie nieprawości. Bo to jest Bóg.

Czy wierzysz w to? Czy wierzysz, że święta Wielkiej Nocy to nie tylko pamiątka, ale i wydarzenie, które dzieje się TU i TERAZ? Dziś podczas Eucharystii usłyszymy:
„On to w dzień przed męką za zbawienie nasze i całego świata, to jest dzisiaj, wziął chleb w swoje święte i czcigodne ręce…”


Ileż mocy, ileż tajemnicy, ileż niezwykłości mają w sobie te słowa. Przechodzi mnie dreszcz, gdy je słyszę. To jest dzisiaj. Dzisiaj. Nie tylko 2000 lat temu. Dzisiaj Jezus odprawia swoją ostatnią wieczerzę, na którą nas zaprasza.
 Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.
Te słowa odnoszą się do każdego z nas.

Czy święta te będą tylko bezrefleksyjną rodzinną tradycją, czy będą kolejnym etapem na drodze Twojego duchowego wzrostu - to zależy tylko od Ciebie. Od tego, czy uwierzysz, że Bóg rzeczywiście tak Cię ukochał, że dla Ciebie umarł - żebyś żył już zawsze. Nie na tym nieidealnym ziemskim świecie, to tylko początek - żebyś żył na zawsze w idealnym niebieskim świecie. Żeby Twoje grzechy nie skreśliły niczego, jeśli tylko będziesz się stale nawracał, odrzucał to zło i podejmował wysiłki czynienia dobra, jeśli wybierzesz, jeśli zdecydujesz - idę za Nim. Nawracanie się to stały proces, nie jednorazowy. "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię", a nie "nawróćcie się i wierzcie..."


Siedem razy na dzień upadam
Nie jestem święty i nie przesadzam
Siedem razy na dzień powstaję
Przegrywam walkę, kiedy się poddaję - Luxtorpeda "7razy"


Zostałeś przeznaczony do pełni, a nie tylko do małych cząstek. Pytanie tylko - czy chcesz trwać i czy chcesz powracać...
 33 To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat".
_____________________________________________________________________

Owocnych, refleksyjnych, z czasem na ciszę, a także rodzinnych świąt Wam życzę
Niech Zmartwychwstały rzeczywiście zamieszka w sercu każdego i każdej z Was
i pozostanie tam
<3
Trzymajcie się
Paaaa!:)

sobota, 24 marca 2018

Matura to bzdura? Opowiadam o mojej maturze, rady, spostrzeżenia itp




Hej wszystkim :)

Tak jak już kiedyś zapowiadałam, dzisiaj porozmawiamy sobie na temat tegoż wyczekiwanego ze strachem przez dużą część z Was wydarzenia. A raczej ja będę mówić ;). To jest już za mną, szczęśliwie zdałam ją w 2017 roku, tak więc teraz mogę nieco o tym poopowiadać. No bo przecież matury już za... yyy nie mam pojęcia ile dokładnie dni (rok temu też nie liczyłam) :D.
To co, zaczynamy.

Jak przygotowywałam się do matury?

Może niektórych zaskoczę, ale - czas przygotowania się do matury, to nie tylko liceum. Może bezpośredniego i tak, ale pośredniego - to już duuużo, dużo wcześniej. Bo to przecież już we wcześniejszych stadiach edukacji przygotowujemy sobie grunt. Nie tylko wiedzowy, ale też przyzwyczajeniowy. Uczysz się regularnie, czy okazjonalnie? Wkładasz tyle na ile Cię stać pracy, czy tylko żeby zdać? Uczysz się uczciwie, czy ściągasz? Starasz się zrozumieć materiał, czy wkuwasz na pamięć? Itp. itd. Powiecie: "Ależ przyzwyczajenia można zmienić!" Jasne, ale wiecie z doświadczenia, że z tym jest dosyć trudno, zmienić już tak zakorzenione w nas nawyki. Czasem się udaje, a czasem nie - to również kwestia motywacji.

Kluczowym jednakże jest oczywiście etap liceum. Tutaj również główną rolę gra uczciwa nauka. Coby nie być gołosłownym poprę to przykładami. Znam osobę, która uczyła regularnie się i pisała sprawdziany bez ściągania już od pierwszej klasy i przy takim samym wkładzie w 3 klasie, jak i w poprzednich latach - dostała się na wymarzone studia. Znam też osobę, która otwarcie przyznała się, że całą 1 i 2 klasę z jej wiodącego przedmiotu przejechała na ściąganiu, a uczciwie zaczęła się uczyć dopiero od 3 klasy (zarywanie nocek, zakuwanie, nerwy, stres itp) i na wymarzone studia się nie dostała. Tak więc na dobry wynik matury pracujesz już od pierwszej klasy.

Najważniejsza, jeśli chodzi o materiał, naukę etc, jest według mnie klasa 2 (mówię tu cały czas o liceum, jak jest w innych typach szkół to nie wiem). Wtedy warto być szczególnie czujnym. Jeśli teraz zapamiętasz, nauczysz się jak najwięcej - o tyle mniej pracy w 3 klasie. To korzystne, bo w 3 klasie pracy jest najwięcej - co chwila sprawdziany, poza tym konsultacje na 7 rano... Ominiesz dwa dni, nadrabiania w cholerę itd.
Jak w 1, czy 2 klasie mogłam sobie pozwolić na wyjazdy, koncerty od czasu do czasu itp, tak w 3 klasie weekendy bez nauki, czy nie pójście w jakiś dzień do szkoły było wysoce nieopłacalne^^

Do mojej matury nie przygotowywałam się jakoś specjalnie (że korki czy coś). Poza chyba trzema wyjątkowymi przypadkami - nigdy nie uczyłam się w nocy. Nie ogarniam tego - uczysz się do 3, wstajesz o 6, śpisz trzy godziny i chodzisz jak zombie. W imię czego? To już lepiej po przyjściu ze szkoły pouczyć się te kilka godzin po południu, a w nocy mieć czas na odpoczynek. Więcej ze szkoły zapamiętasz będąc wypoczętym = mniej będziesz musiał się później uczyć. Nie wpadnij w to bezsensowne zamknięte koło. Może parę razy nie obejrzysz ulubionego serialu albo nie pójdziesz na zakupy- ale cóż - coś za coś. Nie ogarniam, po co marnować zdrowie, dobre samopoczucie i energię na rzecz nauki w nocy, no ale to moje zdanie. Wiem, że niektórym się tak lepiej uczy, ale niestety organizm za parę lat negatywnie na to odpowie, bądźmy tego świadomi.

Uczyłam się sumiennie przez te 3 lata - przy czym, powiem szczerze mój zapał malał - najwięcej go miałam w 1 klasie, w 2 trochę mniej, a w 3 jeszcze mniej, ale nie poddawałam się. W pierwszej i drugiej klasie, poza dosłownie trzema przypadkami (do dziś pamiętam haha) - nie ściągałam w ogóle, na ile się nauczyłam, na tyle pisałam. Pamiętam raz taką sytuację... 1 klasa, sprawdzian z biologii, 90% klasy ma ściągi, ja nie. Z tego sprawdzianu była jedna piątka w klasie... tak, to byłam ja. Uczciwość popłaciła :). W trzeciej klasie niestety, trochę się pogorszyłam jeśli o to chodzi, zdarzyło mi się ściągać, bo ja wiem... z 7,8 razy - tak pi razy oko, często to było spowodowane niewyrabianiem z kilkoma sprawdzianami w tygodniu, a często po prostu całolicealnym wyczerpaniem i brakiem zapału. Tak czy inaczej, nie usprawiedliwiam się - mogłam postąpić inaczej. Na pewno mi to w niczym nie pomogło i tak musiałam to później powtórzyć - jeśli zdążyłam.

Ponadto zawsze lubiłam mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Umieć tyle, ile byłam w stanie się nauczyć. Jak coś robiłam, to na sto procent, nie znosiłam połowicznych rozwiązań, pójścia na łatwiznę. To co się nauczyłam - to moje. Nie wiem, ile dały mi te powtórki w 3 klasie - coś na pewno; ale wiem, że nie dałyby mi tyle, gdybym się tego wcześniej (np. w 2 klasie) nie nauczyła. 
Gdy mnie np. nie było w szkole - zawsze wszystko odpisywałam, nie lubiłam mieć pustych miejsc w zeszycie ani tym bardziej zaległości z czegokolwiek. Ponadto, moje przedmioty profilowe były rzeczywiście moimi ulubionymi. Mogłam iść spokojnie na inny profil, dostałabym się, ale to właśnie polski, WoS i historia, to coś co pasowało do mnie najbardziej, do kierunku moich zdolności i zainteresowań.

Przed samymi maturami powtórzyłam co nieco- ale niewiele zapamiętałam. Wiadomo stres, rozproszenie itd. Z historii np. zdążyłam na własną rękę powtórzyć tylko starożytność, ale przynajmniej przydało mi się to bb na wypracowaniu. Z reszty przedmiotów powtórzyłam nieco więcej, ale na maturze i tak czułam, że wiem to już od dawna, a nie od kilku dni.

Jakie przedmioty zdawałam?

Na podstawie oczywiście polski, matematykę i angielski oraz ustny polski i angielski, a na rozszerzeniu polski, WoS, historię i angielski (Hello, human here).
Na mój kierunek, czyli prawo, liczyły się trzy z nich: polski, angielski i WoS (bo poszedł mi lepiej niż historia).
Jeśli miałabym ocenić moje wrażenia podczas pisania, to pisanie matury z WoSu i z historii sprawiało mi wręcz przyjemność, bo miałam poczucie, że wiem jak rozwiązać te zadania, że mam tę potrzebną wiedzę, więc po chwili już się nie stresowałam, tylko po prostu robiłam zadanie po zadaniu. A jak czegoś nie wiedziałam (to bardziej z historii), to po prostu improwizowałam, zdawałam się na historyczną intuicję i w niektórych zadaniach to się opłaciło.
Jeśli chodzi o angielski - to nie jest mój konik. Zdawałam z musu - był on obowiązkowy do mojego kierunku. Przez pierwsze dwa lata i część trzeciej klasy - mieliśmy w naszej klasie angielski na poziomie wyłącznie podstawowym. Tylko ostatnie trzy miesiące trzeciej klasy ćwiczyliśmy rozszerzenie. Np. nigdy nie ćwiczyliśmy rozprawki. Także pisanie tej matury, było no... crazy XD. Dzień przed sprawdzałam jak się pisze rozprawkę z angielskiego, co po kolei, jaka budowa, jakich zwrotów użyć, zapamiętywałam je itd, bo nikt wcześniej nas tego nie nauczył, ćwiczyliśmy tylko list na podstawę. Jednakże te 3 miesiące pomogły przy części testowo-gramatyczno-słuchaniowo-pisemnej, bo np. kilka zwrotów, konstrukcji, których się nauczyliśmy - przydało się. Miałam także intuicję przy słuchaniu - jak nie usłyszałam ocb, to wybierałam po prostu najbardziej podchwytliwą odpowiedź - i udawało się. Pierwsze i trzecie miałam na maxa, a drugie prawie całe źle haha. Rozprawkę koniec końców napisałam na połowę punktów, ale to i tak dobrze jak na pierwszy raz. Ogólnie, to napisałam o wiele lepiej, niż podejrzewałam. Przed bałam się, że przez ten rozszerzony angielski nie dostanę się na prawo, ale jak widać dostałam się haha.
Jeśli chodzi o rozszerzony polski, to nastawiałam się raczej na pierwszy temat - czyli polemikę z autorem tekstu, ale tekst nie podpadł mi (groteska itd), więc wzięłam drugi temat - analiza porównawcza wierszy - który podczas roku szkolnego ćwiczyliśmy wyłącznie w teorii - poprzez omawianie. Nie mieliśmy natomiast okazji zetknąć się z nim w praktyce (tzn napisać czegoś takiego. Było to więc również moje pierwsze podejście do tego typu formy pisemnej. More crazy!!! Ale udało się jeszcze bardziej niż angielski - właściwie głównie dzięki temu rozszerzonemu polskiemu dostałam się na prawo, bowiem napisałam go na 95%.  Po prostu przeczytałam oba wiersze i najpierw jeden, później drugi -analizowałam wers po wersie, później porównałam, pisałam do samego końca (jak wychodziłam na całej sali gimnastycznej były jeszcze dwie osoby oprócz mnie) i "siadło" :D. Jeśli chodzi o matmę - najmniej komfortowo czułam się pisząc ją. Coś wiedziałam jak rozwiązać,a coś nie. Wprawdzie uczyłam się z matmy na bieżąco i miałam w porządku oceny, jednak na maturze byłam nieco przymulona haha i zrobiłam też kilka głupich błędów z przeoczenia. Jednakże i tak poszło mi lepiej, niż przewidywałam zaraz po napisaniu.


Czy jestem zadowolona z moich wyników?

Ogólnie rzecz biorąc tak. Powiem może, co mi poszło lepiej, a co gorzej niż przewidywałam bezpośrednio po napisaniu matur:
Lepiej niż myślałam: podstawowy polski, matematyka, podstawowy angielski, ustny angielski, rozszerzony polski
Tak samo jak przewidywałam: rozszerzony angielski, historia
Gorzej niż przewidywałam: WoS, ustny polski

Tak więc widzicie, przewidywania nie do końca się sprawdziły, ale raczej in plus. Byłam wobec siebie widocznie zbyt krytyczna po napisaniu haha.

W jakim stopniu się przejmować?

Jeśli się uczyłeś uczciwie - nie przejmuj się, bo po co. Ta wiedza raczej z Ciebie nie wyparuje w ostatniej chwili, co już się nauczyłeś przez te lata - to Twoje. Co rok ta sama sytuacja - przejmowanie się przed, a po "eee to nie było takie trudne". Tak ma każdy rocznik. I nigdy ten młodszy rocznik nie daje się przekonać, że tak będzie xDD.
A jak się nie uczyłeś - cóż warto walczyć do ostatniej chwili, a nuż pójdzie lepiej, niż przewidujesz. Na pewno nie należy się poddawać i spisywać czegokolwiek na straty.

Ale co ja mam zrobić przed tą maturą?

Na to pytanie mam tylko jedną odpowiedź, z którą się w pełni utożsamiam. - Ucz się uczciwie, tj nie ściągaj, ucz się na tyle na ile Cię stać (a nie byle zdać), na bieżąco, staraj się zainteresować tym, czego się dowiadujesz - nie tyle w perspektywie matury, co późniejszego życia, bądź szczery wobec siebie - to umiem, a tego jeszcze nie... i nie przejmuj się więcej niż to konieczne, nie pozwól, by zjadł Cię stres. Wiedząc więcej, stresujemy się mniej.

Na początku mojej 3 klasy napisałam tu na blogu coś w stylu- "już teraz (wrzesień) każdy z nas - trzecioklasistów może sobie odpowiedzieć, czy dobrze napisze maturę." Dziś również się z tym zgadzam. Na dobry wynik pracujemy wcześniej, niż tylko w ostatniej klasie.

No ok ok, gadasz tak, gadasz, a jakie dokładnie miałaś wyniki to już nie powiesz - myśli sobie teraz większość z Was.

Właściwie to mogę powiedzieć. Wzbraniałam się przed tym, żeby nie było "aa chwali się". Polska mentalność niestety jest taka jest - lubimy afiszować nasze porażki, a osiągnięć się wstydzimy. Ja, jako osoba walcząca z pewnego rodzaju konwenansami oraz urodzona optymistka powinnam zachować się nieco inaczej. Ale... czy coś mi to da, że się pochwalę? Czy chcę, żeby mi ktokolwiek zazdrościł? Wolę, żeby była to motywacja dla kogoś, że można - chodząc do zwykłego liceum w małym mieście dostać się na wymarzone studia, nie trzeba do tego jakiś elitarnych liceów z dużych miast. Wolę, żeby to był dowód na to, że wkład włożony w naukę,  staranie się, zaangażowanie, sumienność - popłaca. 

To tak, usystematyzujmy to; na prawo w tym roku próg punktowy wynosił 76 punktów. Ja miałam 79,4 pkt. Dostało się ponad 600 osób. Różnice punktowe pomiędzy poszczególnymi osobami były naprawdę minimalne 0,1 pkt albo i tyle samo.  Koleżanka, która miała o 2,5 punktu mniej niż ja, była ponad 100 miejsc za mną - także widzicie jak niewielkie były te różnice. Mieliśmy praktycznie wszyscy równy start. Osoby "z konkursów" (pierwsze ok. 85 miejsc, to byli oni, czyli osoby mające 100 punktów) niekiedy radzą sobię gorzej na samych studiach od tych "z matury", więc tu również jakiś większych nierówności na starcie nie ma. Zaczynamy równo - tabula rasa. A później - to już zależy, czy ktoś zaangażuje się w naukę, w studiowanie, czy mu się nie będzie chciało - jedni podciągną się w górę, a drudzy opadną w dół - naturalna sprawa.
I teraz jeśli chodzi o maturę podstawową: z polskiego miałam 84%, z matmy 70%, a z angielskiego 96%; z ustnej - z polskiego 80%, a z angielskiego - 90% - ale to oczywiście do studiów mi się nie liczyło. Z rozszerzonej: z polskiego miałam 95%, z angielskiego 64%, z WoSu 77% i z historii 68%.
Do kierunku liczył mi się polski, angielski i WoS i po odpowiednim wyważeniu tego wszystkiego wyszło właśnie te 79,4 pkt.
____________________________________________

Everything is clear?:) Jak nie, piszcie w komentarzach, co jeszcze chcecie wiedzieć na temat matury

To już tyle na dziś,
trzymajcie się
dobrze zdanej maturki Wam życzę
Paaaaa!:)










czwartek, 8 marca 2018

O samoakceptacji inaczej - 3 kroki


Heeej Wam!:)

Po pierwsze chcę Wam podziękować za tak dużo odsłon poprzednich kilku postów, to naprawdę motywujące, bo wiem, że mam dla kogo pisać.

Dziś porozmawiamy sobie na jeden z tych poważniejszych tematów, a mianowicie - samoakceptacja. Ale jak pewnie już wiecie i na ile znacie mój styl pisania - u mnie będzie trochę inaczej, postaram ująć sprawę z nieco innej strony, a przynajmniej- postaram się.

O tym, że trzeba sobie znaleźć w sobie jakiś element, który się nam podoba i go podkreślać - pewnie już słyszeliście. O tym, żeby realizować swoje talenty - pewnie też. O tym, żeby czuć się przydatnym, pomagać charytatywnie - również. Samoakceptacja przychodzi z wiekiem - może tak być, ale po co się męczyć czekając do kolejnego etapu naszego życia; do liceum/do studiów aż zaczniemy się akceptować? Lepiej już teraz - niezależnie w jakim wieku jesteś, wyrobić w sobie taką postawę.
Zacznę od pewnej bardzo mądrej anegdotki:

Poszedłem do mnicha po radę. Pytam się go:
- Ojcze, co zrobić, by słowa innych przestały mnie ranić? Jak się tym nie przejmować?
Mnich popatrzył się na mnie spod półprzymkniętych powiek. Stwarzał wrażenie zamyślonego, ale jednocześnie wydawał się znać odpowiedź jeszcze zanim zadałem mu pytanie.
- Słuchaj synu - zaczął -  jeśli ktoś da Ci prezent, a Ty go nie przyjmiesz, powiedzmy dlatego, że jest on za drogi i czujesz się zakłopotany, czyją on będzie własnością?
- Darczyńcy - odpowiedziałem
- Otóż to. Tak samo jest i z obelgami, które kierują do nas inni - gdy ich nie przyjmiemy, zostają one własnością tego, kto rzucił je w naszą stronę.
Wtedy zrozumiałem.

A więc tak:

Po pierwsze: To agresor ma problem ze sobą, a nie Ty

Tak, dobrze przeczytałeś/aś. Wyobraź sobie jakie piekło ktoś musi mieć w sobie, że aż nie może powstrzymać się, by je przelewać na innych. Analogicznie jest tu z miłością i z wszelkimi dobrymi odczuciami; jeśli ktoś jest przepełniony dobrem, miłością, to osoby wokół odczuwają tę jego dobroć, bo również człowiek ten nie może się powstrzymać, by się nią dzielić.
W tym wypadku jednak - agresji - mamy do czynienia niestety z tą pierwszą opcją. Z osobą przepełnioną nienawiścią. Są to smutne osoby i należy im współczuć. "Ale jakto?!" Nie mówię, że macie dać sobą pomiatać, wręcz przeciwnie- trzeba jasno stawiać granicę, a gdy to nie pomaga - prosić o pomoc osoby trzecie. Chodzi mi o to, żebyś zrozumiał/a, że to ta osoba, która Cię obraża ma ze sobą problem, a nie Ty. Te ironiczne uwagi, mają w sobie drugie dno. Może ta osoba w niewłaściwy sposób odreagowuje trudną sytuację w domu, może sama ma problemy z samoakceptacją, może ktoś inny jest wobec niej agresywny. To jej oczywiście nie usprawiedliwia, bo nic nie może usprawiedliwić okrucieństwa. Zrozum po prostu, że ona/on ma problem ze sobą. Nie pozwól jej/jemu jednak wyżywać się na Tobie. Reaguj, proś o pomoc dorosłych. I nade wszystko nie bierz do siebie tych obraźliwych uwag - że jesteś brzydka, głupia, do niczego etc, bo to oczywista nieprawda! To jacy jesteśmy wiedzą najlepiej osoby nam bliskie (chociaż i tak nie w pełni). Fałszywi przyjaciele, nawet jeśli trochę od nas wiedzą, nie można określić mianem osoby bliskiej - zrywając przyjaźń z jakiegoś powodu, najczęściej staje się wobec nas wrogi, nie chce pamiętać już dobra, które było w naszej przyjaźni - a więc automatycznie traci obiektywizm. A jeśli ów agresor zna nas tylko powierzchownie - cóż może wiedzieć? - Odrzuć to, nie przyjmuj obelg. A wtedy zostanie ona własnością tego, kto ją rzucił. Po co przejmować się kimś, kto nie patrzy na nas obiektywnie, lecz- przez wrogi pryzmat? Po co przejmować się czymś, co nie jest prawdą? 

Po drugie: Skupiaj się na relacjach z osobami, które są wobec Ciebie dobre i szczere

Często tak bardzo przejmujemy się tymi agresorami, że zaniedbujemy relacje z osobami, którym rzeczywiście na nas zależy. Nie chodzi tu tylko o branie - troski, pomocy, uwagi; ale przede wszystkim o dawanie czegoś z siebie tej drugiej osobie. Zamiast wciąż skupiać się na sobie i wciąż nawijać o  negatywnych rzeczach na swój temat, zainteresuj się Twoim przyjacielem/przyjaciółką. Nie tylko takie powierzchowne; "Co tam u Ciebie?" Wybadaj, ale nie tylko problemy, także jego sukcesy w domu, w szkole, ze znajomymi albo osobiste. W rozmowie z przyjacielem postaraj skupiać się na pozytywach dotyczących jego/jej życia. Pogratuluj osiągnięcia, świetnego występu, postępów w tańcu/jeździe konnej, cokolwiek. Zainteresuj się jego zainteresowaniami, nawet jeśli to nie Twoja bajka - jakkolwiek by to nie brzmiało. Ale przyjaciele od tego są. To miło wiedzieć, że osoba Tobie bliska wspiera Cię w Twoich zainteresowaniach, w Twoim indywidualnym sposobie bycia. Nie próbuj przyjaciela zmieniać na siłę; nie zmuszaj go do pójścia na siłownię, w trakcie gdy wiesz, że nie lubi on takich klimatów. I w drugą stronę - nie zawsze musisz zgadzać się na jego propozycję, jeśli na coś nie masz ochoty. Tak, czy inaczej skupiaj się na relacji z najbliższymi - rodziną, przyjaciółmi. Więcej zauważaj i myśl o tym, ile ktoś dla Ciebie zrobił dobrego - poświęcenie, miłe słowa, wsparcie, pomoc; a mniej, a raczej w ogóle - o tych, którzy Cię obrażali Czyż nasi przyjaciele nie zasłużyli bardziej na myślenie o nich, niźli agresorzy?

I po trzecie: Pracuj nad swoimi wadami i to w pierwszej kolejności - wadami zachowania, nie wyglądu

Tak, trzeba to przyjąć. Nie jesteś idealny. Co nie znaczy, że gorszy od innych! Bo nikt idealny nie jest. Jeśli osoba nam zaufana, bliska, zwraca nam na coś uwagę- to nie ze złośliwości lecz z troski. Gdy widzisz, że drugiej osobie na Tobie zależy i mówi Ci o Twoich błędach - to znaczy, że martwi się o Ciebie i chce byś był jak najlepszy. Taka osoba to skarb, więc nie bocz się na nią, tylko pomyśl - co możesz zrobić w tym kierunku, by pozbyć się danej wady albo na początek - zminimalizować ją w Twoim zachowaniu? Jest też taka sprawa- w jaki sposób druga osoba przekazała Ci tę wiadomość. Bo mogła zrobić to w trochę niefortunny sposób (pomimo tego, że zrobiła to z troski) - chciała dobrze, a wyszło źle, bo nie najlepiej dobrała ona słowa. Mogłeś poczuć się przez to osaczony, dotknięty. Powiedz jej to - "Następnym razem, gdy będziesz zwracać mi uwagę, zrób to w nieco bardziej delikatny sposób, inaczej dobierz słowa".
Jak więc zwracać uwagę, a jak nie? Przykładowo:
Dobrze: "Posłuchaj, jest taka sprawa; bardzo mi na Tobie zależy i chcę byś był/a jak najlepszy/a. Popracuj nad swoim egoizmem, bo ostatnio zrobiło mi się przykro, gdy... (zapomniałeś/aś o mnie, nawijałeś/aś tylko o sobie, nie dbałeś o moje uczucia etc)."
Pamiętaj; zwracasz uwagę na zachowanie, a nie na jestestwo tej osoby, czyli: Nie mówisz "Ty jesteś taka, a taka np. "Jesteś egoistyczna", bo to nieprawda. Powiedz: "Twoje zachowanie w takiej, a takiej sytuacji było egoistyczne." Bo przecież nikt cały czas taki nie jest! Zwracamy uwagę na jednorazowe, czy kilku razowe zachowanie. Nie mówimy: "Ty zawsze..." Albo "Ty nigdy...", bo to nie prawda. To, że ktoś kilka razy odezwał się złośliwie, to nie znaczy, że cały czas jest złośliwy, bo przecież przez resztę czasu, poza tymi kilkoma razami był miły. A jak powiesz "Ty zawsze..." to skrzywdzisz go niesprawiedliwym osądem. 

Podsumowując: zamiast zadręczać się wciąż i wciąż jaki Ty to jesteś beznadziejny/a, zrób coś w końcu - zacznij pracować nad swoimi wadami. Ale nie nad wszystkimi na raz - bo się tylko zniechęcisz. Po kolei- wada po wadzie. Możesz przykleić sobie nad biurkiem karteczkę z nazwą wady, nad którą pracujesz w tym tygodniu (by o tym pamiętać) np: "egoizm", "pycha", "złośliwość", "brak zainteresowania drugą osobą", "wulgaryzmy" - a obok nazwę dobrej cechy/zachowania, które chcesz przez to osiągnąć; i tu odpowiednio "empatia", "pokora", "serdeczność", "zainteresowanie drugą osobą," "miłe słowa" etc. Możesz również ustawić sobie powiadomienie w telefonie na każdy dzień, by przypominało Ci o pracy nad nią.

Gdy zauważysz, że faktycznie są postępy - zaczniesz przychylniejszym okiem patrzyć na samego siebie. Kiedy zrobimy z serca coś dobrego dla drugiej osoby i widzimy jej radość z tego - kiedyż, jak nie wtedy rośnie nasza samoakceptacja? 
Tylko nie popadnij w pychę, bo to zgubne. Pokora jest fundamentem pracy nad wadami, ale pokorę i samoakceptację można wspaniale ze sobą połączyć - tzn. poprawiłem/am się w tym aspekcie, ale wciąż mogę się poprawić bardziej oraz wciąż mogę się poprawić w czymś innym :) . Polecam oczywiście także... modlitwę. Po prostu uwierz i pomódl się o pomoc i powodzenie w Twojej pracy nad sobą, zaproś Boga do tej walki. Bo walka z Nim jest zawsze wygraną. I pamiętaj, że samoakceptacja pochodzi głównie od wewnątrz, a nie tylko z zewnątrz.
_____________________________________________

To już tyle na dzisiaj,
piszcie jakie Wy macie zdanie na ten temat:).
Trzymajcie się
Paaaaa!:))









czwartek, 1 marca 2018

Mała ja - mały problem, duża ja - duży problem ???


Mały problem - mała ja
duży problem - duża ja

Ale czy dla człowieczka o wzroście 100 cm, schodek o wysokości 50 cm nie będzie duży?
A dla człowieczka o wzroście 180 cm schodek 90 centymetrowy nie będzie równie duży?

Człowiek 2, pomyśli sobie; ależ ten Człowiek 1 przesadza... co to za problem wchodzić po 50 centymetrowych schodach. Ale na 90 centymetrowe to już trudniej wejść! Co on wie o życiu i o trudnościach...

Człowiek 1 natomiast, pomyśli: Ależ on jest niesprawiedliwy... może te jego schody są wyższe od moich, ale i on jest wyższy, to ma łatwiej. A ja?

Jak na to patrzymy z zewnątrz możemy śmiało powiedzieć, że ani Człowiek 1, ani Człowiek 2 nie ma do końca racji. Bo przecież ich schody są jednakowe! Ale nie jednakowe porównawczo, tylko jednakowe dla każdego z osobna. Zarówno u Człowieka 1, jak i Człowieka 2, jeden schodek mierzy równo połowę jego wysokości.

A jak jesteśmy wewnątrz to rzucamy się i krzyczymy "niesprawiedliwość!"
Każdy z nas jest zarówno jednym jak i drugim człowiekiem. Tym pierwszym wobec starszych, a tym drugim wobec młodszych, mniej dojrzałych.

Kiedy patrzymy na problemy osób z gimnazjum/podstawówki często myślimy sobie "Co oni wiedzą o życiu, takim czymś się przejmować, przecież to głupota, za parę dni się to zmieni i będzie znowu ok." Z jednej strony pamiętamy, że takie sytuacje szybko się naprawiały, ale z drugiej strony zapomnieliśmy już nasz realny wówczas ból i cierpienie związane z tą sytuacją. Realny i namacalny. O bólu zapomina się szybko, gdy go już nie odczuwamy. Co nie oznacza, że mamy ignorować osoby w jego epicentrum mówiąc "to przecież minie, ułoży się, za parę dni nie będzie miało znaczenia." Zależy oczywiście o jakiej sytuacji mówimy. Pomijam dramaty rodzinne etc, bo to w każdym wieku jest gruby kaliber. Mówię tu np o "pokłóciłam się z koleżanką/obgaduje mnie/mówi o mnie niestworzone rzeczy"; wiele razy byłam w takiej sytuacji, dwustronnej powiedziałabym, ale też jeśli szczerze się lubiłyśmy, to za kilka dni wracałyśmy do zgody. Problemem było też dla mnie jak np nie miałam z kim być w pokoju na wycieczce, czy siedzieć w autobusie. Teraz myślę sobie "phi, co to był za problem i tak zawsze się to jakoś wszystko układało, tak że już miałam z kim." Ale osób, które są w takiej sytuacji teraz nie można lekceważyć. Bo dla nich to realny problem i jak im mówimy, że nie, to to nic to nie da, tylko jeszcze bardziej ich rozjuszy. Dokuczają jej za wygląd, za to, że jest kujonem. Może teraz to dla nas mały problem,( z wiekiem nabraliśmy pewności siebie i już nie obchodzą nas hejty, bo mamy swoje priorytety), ale nie możemy jej tego mówić, bo przecież ona ma inną perspektywę! Dla niej ten schodek jest tak samo duży, jak dla nas nasz "dorosły" problem. Lepiej dajmy odczuć takiej osobie, że rozumiemy ten problem, uznajemy jego istnienie, nie negujemy go. Powiedzmy jej, że sprawy najczęściej układają się inaczej, niż to sobie przewidujemy, bo nie da się zaprojektować do przodu rzeczywistości. Jeśli już ta osoba nic nie może zrobić w tej materii, wszystkiego próbowała, to niech po prostu czeka na rozwój wypadków i nie zamartwia się na zapas. A nuż okaże się być lepiej, niż przewidywała. Zaproponujmy takiej osobie także np. wspólne wyjście, spędzenie razem czasu. Jeśli to jest np. Twoja młodsza siostra, to zabierz ją do kina/ na zakupy, porozmawiaj z nią na luzie, tak by mogła pomyśleć o czymś innym i poczuła, że ma od Ciebie wsparcie i że rozumiesz ją oraz uznajesz jej problemy za realne.


Kiedy patrzymy natomiast na problemy starszych od nas osób, bardziej dojrzałych i doświadczonych życiowo myślimy sobie; "przecież oni tyle już przeżyli, po co się przejmują, powinni wiedzieć, że z każdego problemu jest wyjście albo spróbować tego co kiedyś albo po prostu wrzucić na luz..."
Albo albo albo. Doradzamy... a co my o tym wiemy? Co wiemy o problemach osób w wieku 40 lat? Co wiemy o ich perspektywie? Niewiele podejrzewam. Chyba, że rodzic Ci się zwierza, ale to raczej rzadkie zjawisko, zazwyczaj rodzice nie chcą obarczać nas swoimi problemami. Dla nich ich problem jest tak samo realny i namacalny, pomimo, że są "więksi" od nas wiekiem, dojrzałością i doświadczeniem. Nie wiemy jak to jest mieć problemy w pracy (adresuję to do osób chodzących do szkoły, albo studentów którzy jeszcze nie pracują), nie wiemy jak to jest mieć problemy w małżeństwie, zazwyczaj nie wiemy jak to jest mieć problemy prawne, nie wiemy jak to jest mieć na utrzymaniu całą rodzinę. Nie wiemy. Więc nie oceniajmy. Tylko okażmy wsparcie takiej osobie. Jeśli jest to Twoja mama, nie wyciągaj z niej, jeśli nie chce Ci o czymś powiedzieć, może uważa, że tak będzie dla Ciebie lepiej. Zrób jej kolację, pyszną herbatę, upiecz ciasteczka. Usiądźcie i porozmawiajcie o wszystkim i o niczym. Poopowiadaj jej co tam u Ciebie, co w szkole, gdzie ostatnio wychodziłaś. Rodzice lubią się interesować naszym życiem, więc w pewnych granicach pozwólmy im na to. Oni zazwyczaj się po prostu troszczą i serio ich obchodzi co u nas się dzieje. Może nieco w innych aspektach niż my na to patrzymy. Np. mamę bardziej interesuje, czy nie wpadłaś złe towarzystwo, a Ty jej chcesz powiedzieć, co sobie ostatnio kupiłaś albo, że koleżanka się na Ciebie krzywo popatrzyła. Wkurzasz się, że mama Cię nie słucha, a ona po prostu ma inne priorytety.Wystarczy czasem powiedzieć "mamo chcę Ci powiedzieć o moim problemie, może dla Ciebie on będzie błahy, ale przypomnij sobie, że jak byłaś w moim wieku, to takim czymś się przejmowałaś" Albo "może  nie uważasz tego za zbyt absorbujące, ale chcę Ci powiedzieć o moich ostatnich zakupach, bo interesuję się modą i dla mnie to ciekawy temat." Może masz problemy w związku, a mama mówi "nie pierwszy i nie ostatni, będziesz mieć jeszcze dużo chłopaków, też tak miałam." Powiedz jej: "Ale gdy tylko się pokłóciliście, Ty płakałaś po nocach, a po zerwaniu myślałaś, że nikt lepszy Ci się nie trafi, czyż nie? Więc widzisz mam tak samo."Zazwyczaj ludzie nie chcą źle, popełniają tylko błędy w komunikacji.
Gdy mama/tata/ ktoś dorosły ma złe chwile, zabierz ją/go gdzieś, rozerwijcie się trochę. Idź z mamą do fryzjera albo do kosmetyczki, upiększcie się, zabierz ją na zakupy, na rower albo do kina. W sumie podobnie, jak w tym pierwszym omawianym przypadku. W każdym wieku spędzanie czasu z bliskimi to coś cennego. Inaczej trochę jest z uznaniem problemu. Jak np. gimnazjaliści, chcą by ich problem został zaakceptowany, tak z naszymi rodzicami jest trochę inaczej. Zazwyczaj z troski nie chcą nas obarczać, nie chcą byśmy się przejmowali przez nich. Wsparcie okaż takiej osobie poprzez obecność, pomoc np w domowych obowiązkach, miłe słowa, rozmowę. Nie bierz się za rozwiązywanie problemów osób dużo starszych od Ciebie, bo nie masz na tyle doświadczenia, możesz niechcący tylko namieszać.
________________________________________________

To by było na tyle,
pamiętajcie, żeby przy patrzeniu na czyjś problem respektować jego perspektywę,
a wsparcie, obecność i miła rozmowa są zawsze w cenie :)

Trzymajcie się!
Paaaa:)




piątek, 23 lutego 2018

101 faktów o mnie - bo mogę, a co :D

Heeej Wam!:)

Po pierwsze chciałam Wam podziękować za tyle wyświetleń poprzedniego posta, wow szczerze nie spodziewałam się, że aż tylu z Was zainteresuje temat moich studiów. Ten wpis miał najwięcej wyświetleń spośród wszystkich jakie od sierpnia 2015 roku ukazały się na tym blogu i to w tak krótkim czasie, także wow!:)

Pisanie na swój temat jak pewnie wiecie bywa wciągające, ale dziś postaram się na dłuższy czas zamknąć temat i później w kolejnych wpisach powrócę już do rozmyślań  na temat ludzi i świata oraz napiszę Wam jak dobrze zdać maturę i dostać się na studia tam, gdzie się chce - ale to dopiero za jakiś czas.

Jak zamknąć temat to z hukiem ;) - 101 faktów o mnie, lecimy

1. Moje pełne imię, to oczywiście jak widać - Aleksandra; wszyscy wołają na mnie zwyczajnie - Ola, aczkolwiek mi się to już troszeczkę znudziło. Nigdy nie miałam żadnego pseudonimu.
2. Jak już o tym mowa, to nie znoszę jak ktoś zwraca się do mnie po nazwisku
3. Mam 19 lat, ale rocznikowo niestety już 20
4. Aczkolwiek w sobie czuję się młodziej i bardzo mi to odpowiada; często jestem zwariowana, robię niekonwencjonalne rzeczy, nie zawsze przejmuję się tym, czy coś wypada, mówię spontanicznie to co myślę; lubię skakać na trampolinie i jeździć na lince i sankach ;) :P
5. Wiele osób mówi mi też, że wyglądam na młodszą (zwłaszcza jak jestem bez makijażu) - co również mi odpowiada
6. Nawiązując do makijażu, to w rozbudowanej wersji robię go rzadko; na co dzień używam tylko korektora na twarz i pod oczy, bezbarwnej pomadki i czasem serum do rzęs
7. Jak już pewnie wiecie po ostatnim wpisie - studiuję prawo i bardzo to lubię
8. Pewnie również to wiecie, że wcześniej chciałam studiować raczej dziennikarstwo
9. Mieszkam w Krakowie, aczkolwiek na weekendy prawie zawsze wracam do Gorlic
10. A to dlatego wracam, że mam tu rodzinę i chłopaka za którymi tęsknie, jak też udzielam się w piątki i soboty w oazie przy parafii
11. Na szczęście piątki mam wolne ~ goal fakt o naszym wydziale: mamy zajęcia tylko 4 dni w tygodniu
12. Jak już mowa o moim chłopaku, to jesteśmy razem od wakacji 2016 roku, a dokładniej od Światowych Dni Młodzieży
13. To mój pierwszy związek na poważnie
14. Wcześniej były tylko takie typu "chodzenie w 6 klasie" także no, wiadomo xD
15. Jestem starsza od mojego chłopaka o dokładnie 1 rok 8 miesięcy i 16 dni ;)
16. Mój znak zodiaku to Bliźnięta
17. Aczkolwiek nie wierzę w horoskopy i nie czytam ich
18. Wystrzegam się okultyzmu bo...
19. ... wierzę w Boga:)
20. i wierzę Bogu
21. Jestem wyznania rzymsko-katolickiego
22. Wiara to coś bardzo ważnego w moim życiu, staram się, żeby Bóg zawsze był na pierwszym miejscu, ale wiadomo, jak u każdego - wychodzi różnie
23. Od lutego 2010 roku, czyli już 8 lat jestem w Ruchu Światło-Życie potocznie zwanego Oazą
24. Aktualnie jestem tam animatorką i bardzo się w tym odnajduję, odkrywam, że to miejsce dla mnie:)
25. Z moją wiarą jednak nie zawsze było dobrze, jak każdy miałam w swoim życiu lepsze i gorsze okresy
26. Jestem optymistką, widzę przyszłość w kolorowych barwach, przez co często się zawodzę, bo wychodzi nie tak, jak chciałam
27. Moje 3 żywioły (tak je nazywam) to: taniec (amatorsko, ale mogę się dzięki temu wyżyć), koncerty (jako widz; również mogę się wyżyć) i występowanie na scenie (szkolne teatry, nie mam zapędów do robienia tego na poważnie)
28. Przed występami nie czułam stresu - czułam podekscytowanie i nie mogłam się wprost doczekać aż będzie ta scena VI i zacznę grać
29. Lepiej również wychodziła mi gra "na żywo" już na występie, przy publice, niż na próbach przy pustej sali
30. Ludzie mylnie oceniają mnie jako nieśmiałą, ale już powyższe fakty mogą zweryfikować to jako nieprawdę
31. Bo ja nie jestem nieśmiała tylko... i to jest moja tajemnica, aczkolwiek wiąże się to ze złymi doświadczeniami z przeszłości.
32. Kiedyś określałam siebie jako introwertyczkę, ale teraz przechylam się bardziej w stronę ekstrawertyczki, ale...
33. Mimo wszystko nie lubię grupowej dyskusji; lubię rozmawiać z jedną osobą, max z dwoma naraz; przy dyskusji np w 10 osób trudno jest mi się przebić i dojść do głosu, co chwila ktoś mi przerywa, nie lubię tego, niekomfortowo się wtedy czuję.
34. Od niedawna nie mam już problemu z publicznymi przemówieniami
35. Nie przepadam za pracą w grupie, mam do tego uraz, bo czasami było tak, że ja coś dobrze wiedziałam, a grupa źle i decydowała "większość" i aghhrrrr... Czasami oczywiście nie miałam racji. Jednak do teraz na słowa "praca w grupie" mam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie
36. Co z tego wynika - wolę pracować w pojedynkę
37. Nigdy nie brałam z niczego korepetycji
38. Wahałam się, czy nie wziąć z angielskiego, ale koniec końców nic z tego nie wyszło
39. W szkole; podstawówce, gimnazjum, liceum radziłam sobie bardzo dobrze, nauka nie sprawiała mi nigdy większych problemów
40. Jeśli lubicie liczby, to powiem Wam, że z testu trzecioklasisty miałam 38/40 pkt, szóstoklasisty 37/40pkt, a punktów do liceum miałam w sumie 170 i jestem z tych wyników zadowolona, pomimo, że nie mają teraz większego znaczenia, ważne co zostało w głowie.
41. Teraz, pisząc to nigdzie tego nie sprawdzałam  - po prostu mam dobrą pamięć do takich rzeczy
42. Kończąc temat wyników w szkole, miałam 9 razy świadectwo z paskiem (czyli zawsze w podst, gim i  LO, bo w 1-3 podstawówki było zamiast tego "Wzorowy uczeń")
43. Mam dobrą pamięć również do dat, wydarzeń i ogólnie przeszłości. Pamiętam pewne zdarzenia z mojego życia z dokładnością co do daty dziennej, a prawie zawsze potrafię określić z którego roku  jest dane wspomnienie. Moje najwcześniejsze wspomnienie pochodzi z czasu gdy miałam ok 2,5 roku - mojego pradziadka jak był chory i leżał w łóżku.
44. Nie mam natomiast pamięci do imion, nazwisk i nazw
45. Pamiętam o tym co było np nad morzem w 2003 roku, ale często nie pamiętam o sprawach bieżących! Jestem mega zapominalska, jak mam pamiętać powiedzmy o 8 rzeczach na dzień, to zapewne o połowie z nich zapomnę.
46. Ustawiam więc sobie alarmy w telefonie, które mówią mi co o danej godzinie powinnam zrobić
47. Jeśli jednak chodzi o urodziny moich bliskich - raczej nigdy o nich nie zapominam
48. Mówiąc o urodzinach, to... w moją 18-nastkę nie piłam alkoholu, chociaż miałam przyjęcie
49. I uwaga - sama tego chciałam. Decyzję podjęłam prawie rok wcześniej:)
50. Obecnie nie jestem już całkowitą abstynentką, aczkolwiek piję bardzo rzadko i w małych ilościach - jeszcze nigdy nie byłam "pod wpływem alkoholu".

51. Kocham, kocham, wprost kocham podróże małe i duże :)
52. Moje motto w tym zakresie to: "Nie da się zwiedzić całego świata, ale... można przynajmniej próbować :D"
53. Moją przyszłość w dużej mierze łączę z egzotycznymi podróżami po wszystkich kontynentach (no, może z wyjątkiem Antarktydy ;) )
54. Póki co nie miałam zbyt często możliwości podróżować np. z rodziną, jak coś to zbierałam pieniądze i jeździłam na obozy zagraniczne, ale jak będę miała pracę i sama na siebie zarabiała to co innego :D. Póki co byłam w (nie licząc przejazdem): Słowacji, na Węgrzech, w Bułgarii, Chorwacji, Hiszpanii, Francji, Anglii
55. Najpiękniejsze zagraniczne miasto według mnie to Paryż, a najcudowniejsze widoki, jeśli chodzi o krajobraz, ujrzałam w Chorwacji
56. Według mnie najfajniejszy profit z bycia pełnoletnim, to możliwość głosowania w wyborach (z niecierpliwością czekam, aż w końcu będę mogła to uczynić :D)
57. Jestem porywcza i szybko się denerwuję
58. Mam sto pomysłów na minutę i niektórzy muszą część z nich hamować ;)
59. Dobrze wychodzi mi pisanie; aktualnie mam trochę zastój z pisaniem wierszy, czy opowiadań, aczkolwiek staram się moimi zdolnościami służyć innym, chociażby w parafii przez napisanie np rozważań różańcowych, rozważań do drogi krzyżowej, komentarza do Mszy etc ;); także tutaj na blogu, poprzez zamieszczanie moich przemyśleń. Lubię też wymyślać nowe zabawy czy tańce.
60. Uwielbiam owoce, trudno mi zrozumieć, jak ktoś ich nie lubi; smakują mi praktycznie wszystkie oprócz tych gorzkich

61.  Oddzieliłam, bo teraz czas na dziwne fakty. Pierwszy: gdy miałam 8 lat trafiłam dosłownie przypadkowo na galę Wrestlingu, jednakże w połowie zrobiło mi się niedobrze i wróciliśmy z tatą do domu
62. Gdy miałam 3 lata i byłam z tatą na meczu w Kobylance, w pewnej chwili gdy tata się zagadał uciekłam mu i wbiegłam na boisko. Pamiętam, że aż piszczałam z uciechy, udało mi się dobiec prawie do bramki. Sędzia zdenerwowany zagwizdał na mnie, a tata - równie rozbawiony jak ja, dopiero po chwili mnie dogonił xD.
63. W czasach wczesnej podstawówki lubiłam sobie robić fikołki na gałęzi orzecha, na wysokości 3 piętra - dzięki Bogu nigdy nie spadłam! (bo raczej nie pisałabym teraz tych słów) , głupie dziecko xD.
64. Gdy byłyśmy wraz z koleżanką w 1 gimnazjum, idziemy sobie jak gdyby nigdy nic w biały dzień, aż tu nagle zaczyna gonić nas jakiś pijany pan, na szczęście zdążyłyśmy uciec do sklepu, ale to było straszne.
65. Nie wiem, czy to dziwny fakt, ale w dzieciństwie uwielbiałam się huśtać na gałęziach wierzby płaczącej
66. Urodziłam się z czarnymi włosami, w wieku 2 i 3 lat miałam kręcone jasno blond włosy, później od 4 do ok 11 roku życia miałam ciemne blond  i proste, później zaczęły mi się lekko falować, następnie coraz silniej i obecnie mam brązowe, mocno falowane włosy z jaśniejszymi refleksami wszystko naturalnie ;)
67. Gdy miałam 6 lat uciekłam z domu ... tzn wyszłam bez pytania na plac zabaw, jak nikogo nie było w domu, ale po godzinie wróciłam z powrotem, niestety rodzice mnie nakryli xd
68. Pewnego razu w nocy z Niepołomic do Gorlic wracałam z 7 przesiadkami
69. 3 lata temu pojechałam do Olsztyna na zlot fanów Enej, z czego osoby z którymi miałam być w pokoju znałam tylko z internetu <ale wszystko wyszło ok ;)>
70. Gdy byłamw Chorwacji wdrapałam się  na górę składającą się wyłącznie z różnego rodzaju osypujących się kamieni, na którą jako tako nie było wyznaczonego wejścia, więc wzdłuż stoku, tylko po to by zobaczyć pełne morze (bo zatrzymaliśmy się nad zatoką). Ale było warto, bo widok był nieziemski, . Gdy jednak schodziłam wiał tak silny wiatr, że musiałam schodzić na kucająco, a te osypujące się kamienie były dość przerażające, ale przeżyłam xd. Koniec dziwnych faktów xD.






71. W podstawówce, gimnazjum i liceum nie znosiłam wf-u
72. A to dlatego, że opierał się głównie na sportach zespołowych z piłką w roli głównej, do czego nie mam zbytnio talentu i chęci
73. Na studiach natomiast polubiłam wf, bo mam gimnastykę korekcyjną
74. Mam skoliozę i jeszcze jakąś jedną wadę kręgosłupa
75. Nigdy nie byłam jako pacjent w szpitalu, ani nie miałam nic złamanego
76. W 1 gimnazjum byłam uczestnikiem wypadku na kuligu, jednakże na siniakach, guzach i zadrapaniach się skończyło na szczęście, chociaż ranę na nodze mam do dzisiaj.
77. Do dzisiaj jednak został mi uraz do kuligów i do koni, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze odważę się jechać na kulig, czy usiąść na konia.
78. W 2 klasie podstawówki otrzymałam wyzwanie, by zrobić 50 fikołków na trzepaku pod rząd - podjęłam je, jednakże mniej więcej w połowie patrzę na dłonie i... z jednej oderwał mi się kawałek skóry, po całości spodu dłoni. Pamiętam, że było to około tydzień przed moją Pierwszą Komunią Świętą.
79. Gdy jestem chora lubię oglądać bajki z dzieciństwa
80. Nie zliczę ile widziałam polskich piosenkarzy, piosenkarek, zespołów
81. Zagranicznych jednakże nie widziałam prawie w ogóle
82. Na największej ilości koncertów byłam w 2014, 2015 i 2016 roku
83. Najbliżej na koncercie byłam u mnie w Gorlicach, a najdalej w Olsztynie
84. Najwięcej razy byłam na koncercie zespołu Enej - 21 razy
85. Miejscowości, w których byłam na ich koncertach, to chronologicznie: Biecz, Osiek Jasielski, Kraków, Zawiercie, Krosno, Ryglice, Bobowa, Warszawa, Olsztyn, Kraków, Niepołomice, Brzesko, Nowa Słupia, Krynica Zdrój, Kraków, Krynica Zdrój, Kraków, Łososina Dolna, Olsztyn, Łańcut, Kraków
86. Jak widać najwięcej razy widziałam ich w Krakowie:)
87. Bardzo lubię również zespół Luxtorpeda i dotychczas na ich koncertach byłam 4 razy; w Siemianowicach Śląskich, Krynicy Zdroju, Krakowie i Częstochowie, a w planach mam kolejny jak na razie jeden na wiosnę:).
88. Nie oglądam w ogóle seriali, czym dziwię często damskie grono
89. Jedyne co oglądam w telewizji to skoki narciarskie, których od wielu lat jestem fanką
90. Oglądam zaledwie kilku youtuberów i raczej nie tych powszechnie znanych
91. Nie lubię filmików tzw. "fejmów youtubowych", uważam to za niską kulturę; z ogólnie znanych kanałów oglądam tylko Historię Bez Cenzury, aczkolwiek nie regularnie
92. Uwielbiam czytać książki i nie rozumiem ludzi, którzy nie czytają - uważam, że każdy może znaleźć coś dla siebie, tematykę, która ją/go zainteresuje :).
93. Ostatnio jednakże rzadziej po nie sięgam, trudno mi znajdować czas, ale chcę to zmienić
94. Moje ulubione kosmetyki do makijażu do palety cieni, póki co mam tylko 4, aczkolwiek w przyszłości chciałabym mieć ich pokaźną kolekcję:)
95. Jak mówiłam rzadko się maluję, ale jeśli już to lubię poeksperymentować z makijażem. Nie sugeruję się raczej bezpośrednio tutorialami z YT, lubię sama eksperymentować, dobierać kolory, robić coś "na wyczucie" i tym samym wymyślać sama nowe makijaże. Dla mnie robienie makijażu, to sztuka, a nie rzemiosło. Gdy nie mam czasu - nie robię go. Lubię usiąść sobie przed lustrem i tak posiedzieć dłuższą chwilę, nakładając powoli różne kosmetyki i eksperymentować.
96. Od kilku lat mam taką samą długość włosów, ale niedługo być może się to zmieni
97. Czasami chcę zrobić więcej niż jestem w stanie - np próbując komuś doradzać, pomagać, trudno mi uznać swoją bezsilność i zostawić kogoś samemu sobie
98. Moje zwierzątko domowe, to żółw Eliza, który ma obecnie prawie 14 lat
99. Moje ulubione zwierzęta to zdecydowanie psy
100. Zasadniczo nie wzruszają mnie filmy ani książki, z kilkoma małymi wyjątkami.
101. Wyznaję" filozofię"- "zjeść ciastko i równocześnie mieć ciastko";) . Kiedyś wracałam z Lednicy z obcą grupą, inną niż przyjechałam, oczywiście na spontana, bo nazajutrz rano musiałam być w Warszawie na spotkaniu. Nie mogłam jednakże zrezygnować ani z Lednicy, ani z Wawy, chociaż praktycznie nakładały się na siebie;). Wysadzili mnie gdzieś na obwodnicy o 4:30 nad ranem, na szczęście z drugą dziewczyną, która pomogła mi dotrzeć do centrum xD.


Tam tam taam, to by było na tyle:). Mogliście mnie trochę lepiej poznać. Dajcie znać, czy któreś fakty mamy wspólne, aczkolwiek starałam się wybrać raczej te indywidualne. Mam nadzieję, że nie było to nudne. Możecie również na własną rękę wypisać takie fakty o sobie, gdzieś na kartce. Co to daje? Można dostrzec swoją wyjątkowość i niepowtarzalność, bo każdy z nas taki jest:). W czasach "jednolitych mas mózgowych"jak to żartobliwie określam, to ważne, by mimo wszystko starać się zachować swoją indywidualność i pamiętać o niej.

Trzymajcie się!
Paaaa:)