piątek, 17 stycznia 2020

Grateful

Może niebawem coś nowego się tu pojawi, kto wie? 2019 był takim dobrym rokiem, tyle nowego, podróży, doświadczeń, zmian, także we mnie, więcej altruizmu... Postanowienia na 2020? Oj dużo ich mam, ale przede wszystkim żeby było jeszcze LEPIEJ; we mnie i ludziom z którymi mam styczność, bym mogła zmieniać na lepsze to, na co mam wpływ siejąc dobro. Bym dbała i bym kochała. Dzięki Ci Boże! I proszę - prowadź dalej!

piątek, 16 sierpnia 2019

To co ludzie uważają za wady Krakowa, to tak naprawdę jego zalety?! *z przymróżeniem oka*






Ludzie, wymieniając wady zamieszkiwania w Krakowie najczęściej wymieniają; smog --> szkodliwe dla zdrowia powietrze, korki, spóźniona komunikacja miejska, zatłoczona komunikacja miejska, przereklamowane uczelnie, po których nie ma się pracy, to, że trudniej znaleźć pracę po studiach, niż w Warszawie, niebezpieczne dzielnice i niebezpieczne planty, czy niska nowoczesność niektórych części miasta.

Dziś pokażę Wam, że jeżeli spojrzy się na ten temat z nieco innej strony, to właściwie można stwierdzić, że te rzekome wady, to tak na prawdę spore zalety naszego kochanego Krakowa.

1) Szkodliwy dla zdrowia i nieprzyjemny smog

Śmierdzi, dusi, obniża widoczność z Kopców, a do tego jeszcze szkodzi zdrowiu. Beznadziejna sprawa? Czy aby na pewno? A czy bez tego odważyłbyś się promować w swojej ojczyźnie modę uliczną Japonii? No, już nie udawaj, że byłbyś taki do przodu, gdyby Cię smog nie przymusił. Dał Ci przynajmniej jakieś alibi: "A weź stary, te maski są beznadziejne, ale cóż nie chcę złapać raka czy jakiego innego...". Racja, racja. Dobrze, że chociaż design mają coraz to lepszy. Maska z Gwiezdnych Wojen... Maska z Hello Kitty... Co tam smog! Kawaii!

2) Korki, spóźniona i zatłoczona komunikacja miejska

Ja wiem, że pieszo przeszedłbyś szybciej te trzy przystanki. Ja wiem, że linia numer 173 miała już dawno przyjechać. Ja wiem, że jak w końcu do niego wsiądziesz, to czujesz się jak ogórek w słoiku (Okazja! Możesz potrenować grę aktorską - na egzaminie wstępnym do PWST pewien znany aktor miał go udawać, nie zdał, bo jest z Warszawy) . Rozumiem, że nie masz jak dostać się do automatu z biletami (bo na przystanku nie było lub nie działał lub kazał Ci wrzucić dokładnie 1,70zł, Twoje dobre chęci miał gdzieś i 2 zł już bezczelnie wypluł). Ale... Masz w końcu pare...naście minut tylko dla siebie. Tyle możliwości! Możesz dokończyć rozdział w książce (trzymając ją ponad swoją głową, gimnastyka gratis!), możesz zadzwonić do dawno niewidzianej cioci z Ameryki (przy okazji udowodnisz jej, że jednak jesteś duszą towarzystwa i masz przy sobie stale mnóstwo znajomych *no wiesz GWAR* i Ci znajomi mają nawet niekiedy dzieci! I... Emeryci... Eee...)
Możesz w końcu nauczyć się na kolokwium... Na które się spóźnisz, ale, hej, jesteś na studiach. Możesz też zabookować sobie bilety do Londynu! A, nie, patrz poprzednie zdanie.

3) Przereklamowane uczelnie po których niewiele potrafisz, a pracę jest trudniej znaleźć, niż w Warszawie

Ileż razy ja to słyszałam, Ty pewnie też. Na podstawy tegoż tekstu załóżmy, że jest to prawda. Niewiele potrafisz? Twoje miejsce zajmie siła robocza z zagranicznych uczelni. Mało miejsc pracy? Zostanie dla najlepszych. Albo najtańszych. Tak czy siak zza granicy.
Ale nie martw się, to działa w dwie strony! Polskę już znasz, objechałeś ją wzdłuż i wszerz. Teraz czas na zmiany, bo... Znajdziesz pracę za granicą! Super, no nie? Gorąca, subtropikalna Holandia (no dobra, mrzonki! Ale za parę lat, kto wie...) albo arktyczna Norwegia(tam chyba jeszcze pada śnieg, prawda?), można się rozmarzyć. Cała paleta różnych klimatów i kultur stoi przed Tobą otworem.
Nic, tylko wielbić Kraków za tak wspaniałe możliwości międzynarodowego rozwoju! A, że nie w Twoim sektorze... Cóż, trzeba być elastycznym; "flexible" mówi Ci to coś? A przebranżowienie? Trzeba iść z duchem czasu sympatyczny krakowski studencie.

4) Niebezpieczne dzielnice i niebezpieczne planty

Prokocim, Nowa Huta, czy Swoszowice zachęcają, kuszą i nęcą. To wynajem pokoju za 700zł z wszystkim, to dobry dojazd, to przyjazna lokalizacja, widok na autostradę...
A, że czasami można się nasłuchać wiązanki przez otwarte okno (balkonów tam nie ma, ale to dobrze, trudniej jest przycelować butelką w głowę w oknie, niżeli w całego Ciebie na balkonie) albo dostać ożeźwiający masaż twarzy... Cóż, student XXI wieku powinien być otwarty na inne, lokalne kultury, zwyczaje i poziom komunikacji. No nie bądź już taki wsiok. W Bieszczadach też kradną.
A 700 zł z wszystkim, to gdzie indziej znajdziesz? No chyba nie chcesz znowu w weekend użyć słynnego tekstu: "To co panowie dzisiaj zrzutka?". Weźże pokaż klasę i za zaoszczędzone na mieszkaniu na Prokocimiu 300zł zabierz kolegów do teatru. Na premierę. Obojętnie czego. Korzystaj z dobrodziejstw taniego mieszkalnictwa. A śliwka pod okiem to od dziś fanaberia wizualna, pamiętaj. Nowobogaccy mają różne fanaberie.

Jeżeli zaś o planty chodzi... A po co się zazwyczaj chodzi na planty? Pobiegać. No właśnie.

5) Niska nowoczesność niektórych części miasta.

Narzekasz, że dworzec brzydszy niż we Wrocławiu, czy Katowicach. A co Ty na dworcu chcesz biwak rozbijać? Dworzec może nie jest zbyt nowoczesny, ale niedziałające ruchome schody to idealna okazja, by sprawić radość jakiemuś niepewnemu siebie samcowi beta. Robi się to tak "Ehkm przepraszam, proszę pana... (nieistotne w którą stronę to mówisz, no chyba, że nie chcesz na chybił-trafił, to ok poczekaj na jakiegoś "w Twoim typie", ale wiesz autobus...) mam ciężką walizkę, mógłby..." Nie dokończysz, bo on będzie już na górze, cały uradowany i oczekujący na jakiś chociażby small-talk. Na wszelki wypadek udaj, że Twój autobus jest za dokładnie 37 sekund.
Gdy nie ma natomiast nowoczesnych sieci dróg, to nie ma i remontów. Ciesz się. Nie chcesz się znowu przesiadać 3 razy na trasie, na której jeszcze pół roku temu jeździł jeden tramwaj prawda? Chwal Kraków za jego tradycjonalizm. No hej, remontów jest zaledwie kilka. Bagateli jeszcze nie rozkopali... prawda?!

Zapożyczcie więc to spojrzenie na rzeczywistość, a Wasze życie w mieście królów Polski stanie się o wiele radośniejsze.


_____
*;)!






środa, 14 sierpnia 2019

Jak nie zmarnować wolnego czasu w wakacje? 7 propozycji

Heeeej Wam:)

Wakacje już trwają i trwają, a u mnie główne wyjazdy, że tak powiem, dopiero będą mieć miejsce.
Postanowiłam, wiec, że póki mam jeszcze luźniej, to w końcu coś tu napiszę, bo nie chcę tak całkiem porzucać tego bloga. Dawno nie zamieszczałam, zasięgi spadły, ale trudno. Nie mogą być zawsze takie same :P.

Dziś przychodzę do Was z postem o tym, jak nie zmarnować wolnego, wakacyjnego czasu. Mam na myśli taki czas, podczas którego nigdzie nie wyjeżdżamy, jesteśmy po prostu w naszej miejscowości.
Nie myślcie już o szkole, jeszcze ponad 2 tygodnie wakacji;).
Zaczynamy:

1) Naucz się podstaw nowego, intrygującego języka

Nie musi być to język, którego nauczają w szkole, możesz  przecież zaszaleć. Japoński, chiński, a może norweski? W internecie jest wiele poradników, lekcji (np. Na YT), nie musisz od razu kupować podręcznika. Nigdy nie wiesz, co Ci się w życiu przyda. W ostateczności zawsze możesz pochwalić się swoimi umiejętnościami przed znajomymi;
). Dodatkowo poćwiczysz zapamiętywanie, rozruszasz nieco swój mózg i będziesz mieć poczucie dobrze wykorzystanego czasu.

2) Zacznij grać! 

Gitara, ukulele, a może keyboard? Poucz się gry na jakimś instrumencie; zacznij od podstaw, od jakiś prostych piosenek, a może wkrótce nauczyć się grać swoją ulubioną? Tu również internet przychodzi nam z pomocą. Jeśli nie chcesz kupować instrumentu, może ktoś będzie miał Ci go pożyczyć? Spróbuj:).

3) Opisz w zeszycie swoje dotychczasowe wyjazdy.

 Nie chcesz żeby lato 2019 rozpłynęło się we mgle Twojego umysłu? Teraz póki pamiętasz wszystko na świeżo, zrób zapiski z Twoich odbytych już tego lata podróży oraz innych przygód, czy zabawnych historii, które Ci się przydarzyły. Będzie co wspominać w czasie roku szkolnego;).

4) Odnów stare znajomości. 

Teraz jest na to doskonały czas. Napisz do koleżanki z poprzedniej szkoły/z poprzedniego miejsca zamieszkania albo po prostu do kogoś z kim urwał Ci się kontakt i zaproponuj spotkanie. Może Wasza przyjaźń albo chociaż znajomość rozkwitnie na nowo? Kto wie, warto zaryzykować.

5) Odkryj na nowo swoją okolicę. 

Myślisz, że dobrze znasz swoje rodzinne tereny? Poszperaj w internecie i poszukaj interesujących miejsc, do których możesz dotrzeć "z buta". Góry, jeziora, przełęcze, zabytki, cmentarze wojenne, ładne budowle, czy po prostu miejsca na piknik, poszukaj, a zdziwisz się. Możesz też iść bez rozeznania, gdzie Cię oczy poniosą, a może znajdziesz coś pięknego i wartościowego, o czym nawet internet nie wie?;)

6) Wsłuchaj się w siebie.

Czego pragniesz? O czym marzysz? Jaki/jaka naprawdę jesteś? Czego Ci brakuje? Co chciałbyś/chciałabyś w sobie zmienić? Za co jesteś wdzięczny/a? Usiądź w ciszy, oderwij się od wszystkiego co w jakiś sposób Cię zagłusza. Powróć do prawdziwego siebie. Zanim świat zdąży Ci wmówić co masz myśleć, odkryj co tak naprawdę Ty myślisz.

7) Pomagaj innym.

 Nie masz się czym zająć? Na pewno w domu jest coś do zrobienia. Posprzątać, ugotować, skosić trawnik, wyprowadzić psa. Nie czekaj aż zrobią to domownicy, lecz wyręcz ich. Zapewne będą Ci wdzięczni, a Ty, oprócz radości która wypływa z pomocy, będziesz mieć poczucie dobrze wykorzystanego czasu:).

Mam nadzieję, że choć trochę Wam pomogłam, zmotywowałam do wyjścia z zastoju, nicnierobienia i do dobrego wykorzystania wolnego czasu. Piszcie w komentarzach jakie Wy macie pomysły na kreatywne wykorzystanie wakacyjnych dni.

Trzymajcie się,
Udanej reszty wakacji Wam życzę,
Paaaaa:)!

piątek, 7 czerwca 2019

Otwórz oczy. Zauważ jej Głębię!

Uśmiechnij się - jak często to słyszysz. Denerwuje Cię, gdy nie idą za tym czyny, gdy jest to tylko pusty slogan. A Ty wcale nie masz ochoty się uśmiechać, bo czujesz się samotny. Czujesz się nierozumiany. Nie lubisz być zbywany prostymi słówkami, oklepanymi zwrotami. Chcesz zainteresowania, chcesz, żeby ktoś ze swoją Głębią pobył obok Twojej Głębi. Wysłuchał, nie oceniając. Albo po prostu powiedział "Jestem przy Tobie" i pomilczał wespół.

Też byłam w tym miejscu. Ludzie widzieli we mnie radosną osobę. Bo tę chcieli widzieć. W innych zaś kręgach widzieli po prostu "dziwną". Nie zwracali uwagi na to, że znacznie częściej bywałam po prostu smutna. Ignorowali to. Zbywali półsłówkami. Nie traktowali serio mojej melancholii. Przez wiele, wiele lat byłam pozostawiona sama sobie. Na oko widać było, że coś jest ze mną nie tak, w różnych sytuacjach się to przejawiało. Ale najczęściej (poza pewnymi nielicznymi wyjątkami) spotykałam się z obojętnością. Nikt nie chciał pobyć obok mojej Głębi. Nie oceniam. Może ze strachu, może z niewiedzy, może z ignorancji. To nie istotne.
Bałam się poprosić o pomoc. Bez sensu. Ty się nie bój.

To już za mną. Wyszłam na prostą. Jestem autentycznie szczęśliwą, radosną,  pełną życia osobą. Jestem prawdziwą sobą. Czyli tą, którą zawsze chciałam być. Siedziała ona we mnie, ale coś blokowało, nie mogła wydostać się na zewnątrz. Tylko w pewnych sytuacjach dawała o sobie znać. Na co dzień się ukrywała.

Ale na tym nie mogę poprzestać. Muszę pamiętać o osobach, które są jeszcze na tym wcześniejszym etapie. Muszę wytężyć wzrok i być czujną, by nie przegapić. Samotność jest cicha i niepozorna, tak łatwo, poprzez bycie zajętym własnymi sprawami, rozmową, czymkolwiek, nie zauważyć, przeoczyć... Jeśli zapychamy naszą własną Głębię, tylko tym co wygodne, co komfortowe, w czym się dobrze czujemy i nie chcemy za nic tego przerwać, lgniemy do tego, to... możemy przeoczyć niemy krzyk Głębi, która jest tuż obok nas, cicha, przez nikogo niezauważana. Przyzywająca innej Głębi, ale częstokroć nie zdająca sobie z tego nawet sprawy.
Wytęż wzrok i słuch, nie bądź obojętny. Ty masz grono swoich osób, ona nie ma, podejdź, zagadaj, pobądź.

Nie zawsze umiałam nazwać to, co we mnie siedzi po imieniu. Przyzwyczajenie, rutyna robiły swoje. Czasami wypierałam z głowy fakt, że coś jest nie tak, że to życie nie powinno tak wyglądać, że osoby wokół mnie nie powinny mnie tak traktować. To chyba naturalne, że człowiek za wszelką cenę ucieka od tego, co go boli.
Jednakże czekałam, próbowałam, zdobywałam się na odwagę, wychodziłam do ludzi, którzy częstokroć zawodzili moje zaufanie. Starałam się ze wszystkich sił żyć normalnie. Szukałam tej normalności w różnych miejscach.
Wciąż jednak był we mnie jeden postulat "Zwróć na mnie uwagę, zainteresuj się, pomóż, zaakceptuj mnie" (no dobra, to szereg postulatów).

Parę razy nawet spróbowałam nieśmiało poszukać pomocy, ale niewiele z tego wynikło. "Jakie Ty możesz mieć problemy w swoim wieku? Nie, to tak nie wygląda, to co mówisz to wygląda tak..." - mniej więcej.

Wyszłam, wyszłam z tego. Ale cholera, to nie znaczy, że każdy musi przejść taki długi i mozolny proces jak ja. Mógłby on być niesamowicie skrócony, gdyby ludzie - dorośli i nie dorośli , bliscy i dalsi, zauważyli choć jeden z wielu bardzo czytelnych i niepokojących znaków i nie zignorowali. Nie zignorowali, a nawet więcej - wyszli ze swojej strefy komfortu, z myśli "to nie moja sprawa" i wyciągnęli rękę.
Bo wyobraźcie sobie, że to bezbronne dziecko czasami jest tak pokiereszowane, pełne strachu, zrażone, że samo pierwsze nie wyśle jasnego komunikatu "to już przekracza pewne granice".
O jakim okresie w moim życiu mówię? Podstawówka, gimnazjum, początek liceum. Spory okres czasu.

Było grono rodzinne, była szkoła, były różnorakie koła zainteresowań, wspólnoty. Gdzieś tam wszędzie były osoby dorosłe, które rzekomo były "przygotowane" do tego co robią. Ignorancja. A jeśli nie ignorancja, to podejście bez wrażliwości w stylu "e, masz problem, zrób coś z tym!" niemiłym tonem. Tyle to ja wiedziałam, że mam. Ale sama nie potrafiłam nic z tym zrobić.

Do czego dążę? Do tego by jak najmniej osób spotkało to, co mnie spotkało. Czyli brak odzewu.

 Bez szczegółów - bo pewne szczegóły zachowuję się tylko dla siebie. Nie zamierzam się żalić, nie zamierzam narzekać na przeszłość. Wszystkie doświadczenia, zarówno te dobre jak i te złe nas kształtują, a właściwie przepracowane dodają siły. Budują niezniszczalność. A jeżeli jeszcze, tak jak w moim przypadku, wchodzi w to wiara, relacja z Bogiem, to już w ogóle; jest to pewnik niezniszczalności. Wiem, że nie umrę na wieki, bo mam życie w Nim. Wiem, że moje życie ma sens. Ponadto mogę i chcę już tu na ziemi budować dobro; trwały, nieprzemijający kapitał. (Czy słowo wierzę wyklucza słowo wiem? Zależy jak na to patrzeć. Nikt jednak nie zabroni mi używać terminologii takiej jakiej chcę. Boską logikę niekoniecznie i nie zawsze da się umiejscowić gdzieś ludzkim uniwersum.)

Ale jeżeli Ty albo ktoś z Twojego otoczenia jest jeszcze na etapie "Niech ktoś się mną zainteresuje, jest źle! Ale prawdziwą mną!" to nie ignoruj tego. Szukaj pomocy tam, gdzie wiesz, że ją dostaniesz. Jeśli nie jest to rodzina, czy przyjaciele, poszukaj wśród zaufanych osób dorosłch lub spróbuj jakiegoś telefonu zaufania, czy idź do psychologa. A jeżeli jest to ktoś z Twojego otoczenia, to wiedz, że jego Głębia przyzywa drugiej Głębi. Osoby, która zasieje dobro, która zauważy, porozmawia, bez niechcianego wypytywania, ale z szczerą intencją pomocy. Z całą delikatnością i z postawieniem się na miejscu osoby samotnej. Czego byś chciał/a w takiej sytuacji? To też zrób drugiemu.

Na prawdę nie trzeba przechodzić tego tak długo i mozolnie jak ja. Przyspiesz sobie lub komuś ten czas. Ja na przykład byłam bardzo poddatna na gesty dobroci i zainteresowania w moją stronę. Gdyby było ich więcej, na pewno miałabym większą siłę i moje życie byłoby o wiele bardziej znośne. Proces przebiegłby szybciej.

No to tyle,
ten post kieruję również do siebie
Ola wytęż wzrok
i Ty też wytęż

Pewnie zastanawialiście się, dlaczego tak często używam w tym wpisie słowa "głębia" i to z dużej litery. Cóż, moją inspiracją była pewna pieśń. Odnosi się ona co prawda do Głębi, którą jest Bóg, ale przecież Bóg jest Miłością i ta Miłość przejawia się w każdym z nas, jeśli pozwolimy Jej na to (nawet nieświadomie). Osoba samotna przyzywa całą sobą miłości, chociaż czasem nie zdaje sobie z tego sprawy, neguje to, blokuje w sobie. Czasami trudno takiej osobie dostrzec wprost Miłość Boga, ale już łatwiej byłoby jej zauważyć miłość płynącą ze mnie, z Ciebie. To tak jak z prądem. Używając go nie widzisz elektrowni, ale widzisz gniazdko. Nie musisz sobie zdawać sprawy z istnienia elektrowni, żeby zauważyć fakt, iż z danego gniazdka płynie prąd i by umożliwił Ci on chociażby naładowanie czegoś.
Dopiero po pewnym czasie myślisz o tym, że właściwie jest ta elektrownia, to jej sprawka. Czasami i gniazdka nie zdają sobie sprawy z istnienia elektrowni;).

Przykład troszku nieidealny, ale myślę, że wiecie o co mi chodzi. A oto ta pieśń, która była moją inspiracją:

Głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów
Głębia przyzywa głębię hukiem wodospadów
Kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże? 
Ujrzę oblicze Boże

Kiedyś więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?
Ujrzę oblicze Boże 
Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego 

Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego


To już tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że cieszycie się z mojego małego powrotu na bloga.
Trzymajcie się
Paaaa!:)









piątek, 28 grudnia 2018

Kiedy nie ma (?!) motywacji, by wstać z łóżka + nadchodzą zmiany w blogu (?!?!)

(c) pixabay.com

Heeeej Wam!:)
<nie, powitanie nie podchodzi pod zmiany;>

Postanowiłam pójść dzisiaj z Wami na noże. To znaczy - po prostu postawić na szczerość. Nie żebym zazwyczaj tego nie robiła. Ale dzisiaj wyjątkowo. 
Nie ukrywam, jestem trochę zawiedziona tym, że ten blog ostatnimi czasy "stracił trochę na popularności". Powodów może być wiele, ale nie sposób je roztrząsać. Wolę skupić się na tym, co ja mogę ze swojej strony zrobić. Wymyśliłam kilka punktów, przyglądnąwszy się krytycznie mojemu podejściu do blogowania. I co wymyśliłam? Przede wszystkim:
- w razie potrzeby skracanie tekstu, unikanie tautologii itd.
- znaleźć jakąś przemiłą osóbkę znającą się na sprawach informatycznych, która pomoże mi ogarnąć nowy, poręczny, bardziej #madein2018 (19!) wygląd strony 
- robić sama zdjęcia do tekstu, a nie brać je z jakiś stronek (dobrze chociaż, że legalnych, dziś z racji nocnej pory tego pomysłu jeszcze wybaczcie) lub wynajdywać starocie pochowane gdzieś w plikach
- zastanawiać się nad doborem tematów, lepiej przygotowywać się do tematycznych postów, więcej czytać i słuchać
- ale oczywiście nie zrezygnuję ze spontanicznych przemyśleń, bo w żadnej książce nie wyczytam tego, co naprawdę uważam, co siedzi mi w głowie;)

Trzymajcie kciuki, żeby to wszystko się udało!
_________________________________________________________________

Teraz czas na drugą część (a raczej pierwszą) tytułu tego wpisu.

Nie, nie chodzi o depresję (uff!), ani nic z tych rzeczy. Mam nadzieję. Chodzi o taki dzień lub dni, na które zaplanowaliśmy sobie, co my to nie zrobimy. Nauka, wyjazd, zakupy, upragniony czas na czytanie powieści, odwiedzenie kogoś...
A wstając rano lub też w południe, bierzemy książkę do ręki (zbliżające się kolokwia i egzaminy jednak priorytetem), czytamy parę stron, myślimy o czymś innym, odkładamy książkę, rezygnujemy i... Cały dzień nie przebieramy się z piżamy. Zrobiłam to. Wczoraj. I dziś też. 
Czy jestem na siebie zła? O tak! Choćby z tego powodu, że boli mnie ciało z powodu zbyt małego rozruszania. Ale nie to jest najgorsze. Też już pal licho tą naukę. Trudno, zostanie wszystko na ostatnią chwilę, zawsze dawałam rady to i teraz jakoś dam. Ale gdybym wiedziała, że jednak do tej nauki się nie zmotywuję, to zrobiłabym coś sensownego i jakoś kreatywniej wykorzystała te parę, paręnaście godzin dnia. 
Nie będę wychodzić na te zakupy, bo zaraz się pouczę, tylko pooglądam kilka filmików na Youtube, poprzeglądam te stronki, poscrolluję instagrama, o ile nowych instastory!
A później - jestem dziś trochę niewyspana na naukę. O znowu nowości! I tak mija cały dzień. W piżamie. Nie znoszę tego. Wtedy za szybko mijają dni. Jeden się z drugim skleja jakby ich nie było. Po 26 grudnia nastąpi od razu 29. Za szybko! Przecież miałam się uczyć! Albo zrobić coś sensownego ze swoim życiem.

I teraz - można narzekać, jak ja właśnie. Biczować się myślami - "znowu zmarnowałam czas, zmarnowałam dzień, jestem coraz starsza, a życia coraz mniej . Albo... albo co? 

Wybaczyć sobie. Pozwolić sobie przyjąć prawdę o własnej słabości. I nie biczować się nią. Nie zadręczać. Ale zastanowić się co mogę realnie konkretnego zrobić, by z ową słabością walczyć, by jutro scenariusz się nie powtórzył. Pójść spać wcześniej, by wstać wcześniej, to odpada, bo aktualnie jest 0:33, ale moje wieloletnie problemy z zasypianiem to osobny temat. Prawie przestałam się już tym przejmować, że nie mogę jak normalny człowiek wyznaczyć sobie godziny, o której pójdę spać by być wyspaną (zasypianie zajmuje mi średnio 1,5 - 2h, a niech to! Lecz gdy położę się wyjątkowo wcześnie - to dłużej). 
Co mogę jeszcze zrobić? Przygotować sobie ubrania i położyć na stole w pokoju, w którym śpię (szafę mam w innym), tak by były na widoku i bym mogła od razu się w nie ubrać. Położyć telefon na parapecie (by budzik od razu mnie obudził). Wynieść złowrogie podręczniki do innego pokoju, by rano były one ewentualnie moją opcją, wolnym wyborem, a nie czymś, co ciąży nade mną jak wyrok. Wymyślić jakąś super, ekscytująco-fantastyczną rzecz, którą CHCĘ jutro zrobić. No okej, nie musi być taka super-hiper. Po prostu coś, co sprawi mi przyjemność. Już wiem! Wstanę trochę wcześniej (łudźmy się xD) i zrobię sobie makijaż. Na co dzień się nie maluje. A już na pewno nie w taki "zwykły dzień" jak jutro. Ale zrobię. Niech się zastanawiają "Co ta Ola, jakie nowości". Poziom hardcoru wzrasta, bo... ubiorę spódnicę, tak, chociaż jest zimno! W ogóle ubiorę się bardziej kobieco niż zwykle. Założę buty zimowe na obcasie. I może ten ładny płaszczyk? Ma być +3 stopnie, nie zamienię się w sopelek. Chyba. Dam nowy kolor na paznokcie. I to wszystko w taki zwykły dzień! (teatralne trochu te wykrzyknienia, proszę się nie dać zwieść i nie labożyć w komentarzach "ojej czyżby to, co napisałaś było jakby dziecinne???") Pójdę poszperać w sklepach za czymś na Sylwestra. I to wszystko przed obiadem. Później spotkam się z rodziną (no ok, to już było zaplanowane, więc nie mogę tak do końca ćwiczyć swojej silnej woli, bo jutro nie mam takiego "potencjalnie piżamowego dnia" jaki był dziś). A gdy wrócę zajrzę jeszcze do najulubieńszego podręcznika (żeby wepchnąć gdzieś tę naukę) i przeczytam tyle stron, na ile będę miała ochotę (limit stron mnie paraliżuje; np. gdy ustalam sobie "dziś przeczytam tyle, a tyle stron", to najczęściej nie mogę się skupić). A później znajdę czas na dłuższą niż zwykle rozmowę z Przyjacielem. Następnie jeszcze przeczytam coś ciekawego! Na wieczór też mam już plany.

Trzymajcie kciuki, żeby się udało!

Żeby to nie były tylko plany, zaraz po napisaniu tego posta podejmę konkretne starania, tj. czynności. Co to było? Ach tak, przyniosę sobie ubrania na jutro do tego pokoju xDD. I telefon na parapet. Podręczniki sio. 
Czasem łatwiej mi spojrzeć na siebie samą, gdy coś sobie "wyłożę" tudzież rozpiszę. Nawet banały. Polecam. I patent z podejmowaniem wciąż realnych kroków zamiast tylko planowaniem też polecam. Bo planowanie kończy się na całym dniu w domu, w piżamie, grr... Nie polecam.

Kiedy nic się człowiekowi nie chce trzeba, oprócz chcenia chcenia, postawić sobie konkretne kroki przed oczyma, a później je podjąć. Nie ważne, czy chodzi o zmotywowanie się do nauki, rozmowy, spotkania, pracy, czy po prostu życia. Myśląc ogólnikami niewiele zyskamy, a raczej stracimy - czas. Konkrety, konkrety i jeszcze raz konkrety. Nie nauczysz się od razu na cały egzamin. Postaw sobie cel. Zacznij od zagadnień, które Cię najbardziej interesują. Jeżeli Cię to nie paraliżuje tak, jak mnie, to ustal sobie - dziś przeczytam 3 rozdziały tego podręcznika. A później pójdę na spacer (dokąd, po co?)/poczytam książkę/zatelefonuję do bliskiej osoby/pójdę na zakupy/zrobię coś związanego z moją pasją itp, itd. A najlepiej wszystko! W chwili aktualnej zapiszę sobie co konkretnie chcę kupić np tytuł książki i jej cenę. Poinformuję koleżankę, że jutro do niej zadzwonię, by już "nie było odwrotu";)). I tak analogicznie z wszystkimi zaplanowanymi na jutro czynnościami.

Wiele osób mówi, że ma tak, że gdy ma do zrobienia jedną rzecz w danym dniu - to pewnie jej nie zrobi, bo perspektywa dużej ilości czasu potrafi wyprowadzić człowieka na manowce. Jednakże, gdy dana osoba ma do zrobienia kilka rzeczy w danym dniu, a grafik wręcz pęka w szwach - udaje się wszystko zrealizować! To pewnie jest prawo Kogośtam, zapewne jakiegoś Amerykanina, czy Japończyka. Mniejsza o to. Ale tak po prostu jest.

Zauważyłam, że dobrze się czuję, gdy znajdę się w miejscu, na wyjeździe, evencie, gdzie cały plan dnia jest rozpisany co do godziny. Jakże wtedy dni wydają się długie! A dni długie, to i życie długie. Im więcej dni marnuję, tym wydaje mi się ono krótsze. Im więcej w danym dniu zrobię tym bardziej je sobie przedłużam. Tak, to tylko odczucie. Ale wolę mieć odczucie spełnienia i zadowolenia z dnia.
Bo po prostu warto! Warto się starać, o wiele bardziej niż tylko chcieć.
_________________________________________________________________

To już tyle na dzisiaj,
piszcie, czy Wy też macie podobne problemy z marnowaniem czasu
i jak sobie z nimi radzicie
Trzymajcie się ciepło
Paaaaa!:) 

ojej już po 1, idę spać!





sobota, 22 grudnia 2018

Jakich świąt Nam życzę?

(c)pixabay.com

Święta już za pasem
cokolwiek to znaczy

falalalalalalalalalalalalala lalalalalalal lalalalala falalalala ?

Czy dobrze przeżyłam Adwent? Zawsze można by lepiej. Czy udało mi się osiągnąć to co zamierzałam? Częściowo tak. Wiadomo u początków zapał większy. Byłam na rekolekcjach? Byłam i to na nie jednych. Zapamiętałam coś? O tak.

Ale zrozumiałam przede wszystkim, że to nie jest najważniejsze. Że najważniejsza jest relacja, rozmowa, tęsknota zwieńczona spotkaniem. Z Nim. Który tęskni za mną milion razy bardziej, niż ja za Nim. Że chce bym Go przyjęła w Komunii Świętej milion razy bardziej, niż ja tego pragnę. Że chce mi przebaczyć i naprawić mnie milion razy bardziej niż ja tego chcę. Że chce ze mną rozmawiać milion razy bardziej, niż ja z Nim. Kwestia tylko mojego aktu woli, czynu.
Modlitwa, nie po to by coś zyskać, by poczuć się lepiej, ale mająca na celu pogłębienie relacji. On chce wiedzieć, co naprawdę we mnie siedzi, co mnie cieszy, a z czym sobie nie radzę. Za co dziękuję, czego żałuję i za co przepraszam, do czego zmierzają moje pragnienia, czego mi brak. Chce podpowiedzieć mi jaką drogę obrać, co robić, bym pomimo trudów była najbardziej szczęśliwa jak się tylko da na tym świecie i bym tę Jego miłość przelewała na innych.
I to wszystko z wiarą, wytrwale i gorliwie, zwłaszcza gdy trzeba będzie oczekiwać.

Adwent uczy oczekiwania. W dzisiejszych czasach mało kto czeka. Chcemy wszystko na już, natychmiastowo. Wolimy od razu, ale byle co, niż po czasie lecz wysmakowane, o wiele bardziej wartościowe i przynoszące o wiele większą radość.
Sami wiemy, czy lepiej "smakują" np kolędy śpiewane miesiąc przed, czy kolędy śpiewane w samą Wigilię. Do tych pierwszych o wiele bardziej ciągnie, bo przecież "trzeba poczuć nastrój". Jednakże jaki może być nastrój finiszu na starcie? Mało odczuwalny jak mniemam. Meta jest od tego by świętować, by świętować zwycięstwo.
Jakie jest zwycięstwo Adwentu? Albo raczej... gdzie ono jest? W żłobie, w ubogiej stajence, leży sobie, śpi, czasem popłakuje, drży z zimna, koi się przy kochającym sercu Matki. To On - Wielki Pokorny.

Czy zwycięstwem Adwentu będzie moja pokora? Serce rozważające to, co niepojęte, gotowe przyjąć do siebie Boga-Człowieka. Uznające swoją małość i uznające swoją wartość. Godność - przyjąć do serca Wszechmocnego. Siła - iść z nim dalej przez całą resztę życia.

Kochani życzę Wam świąt z Bogiem w sercu
pozwólcie by On Was prowadził
pozwólcie Mu siebie kochać
i pomnażajcie tę miłość
przekazujcie
do Waszych bliskich
do nieznajomych
do tej osoby, która najbardziej zraniła
tam gdzie najtrudniej
tam gdzie jej najmniej.
Przyjmując do siebie Boga
macie Jej przecież
nieskończone źródło
<3 !

<jakby wiersz wyszedł, ale to nie miał być wiersz hihi>

Nie tylko w święta, ale i na każdy dzień roku. Święta nam tylko przypominają; warto kochać. Ale jaki byłby sens przypominania o czymś terminowym? Miłość nie zna pojęcia terminowości. Bo ona jest wieczna.

Cudownych świąt Wam i sobie życzę!




piątek, 16 listopada 2018

Szczerze i uczciwie; łaska czy uczynki? I dlaczego nie powinno to brzmieć patetycznie? ;)

Photo on <a href="https://foter.com/re2/e184cb">Foter.com</a> Photo on Foter.com

J
ako ludzie wierzący wiele mamy w swojej głowie pewnych konstruktów myślowych. Często pochodzących jeszcze z czasów dzieciństwa. Pytania, na które otrzymaliśmy już kiedyś odpowiedź, nierzadko niepełną, bądź od osoby, której "wydawało się, że tak jest". Wiary uczyli nas rodzice, którzy często popełniali błędy, po prostu ze swojej nieświadomości. Czasami nauka religii w szkole była podawana nam w sposób bardzo tradycyjny; "Macie być grzecznymi dziećmi, to się będziecie podobać Panu Bogu" - co dziecko sobie wtedy myśli? "Muszę zasłużyć dobrymi uczynkami na miłość Pana Boga". I przez wiele lat ma w swojej głowie obraz Boga jako bezwzględnego sędziego, a nie miłosiernego Ojca. Czasami ludzie dopiero po wielu latach formacji w jakiejś wspólnocie (np. ja) zaczynają rozumieć to, że miłość Boga jest bezwarunkowa, a na zbawienie nie da się sobie "zasłużyć" dobrymi uczynkami, bo "dziadostwo" człowieka jest zbyt duże, tu potrzeba czegoś więcej, a raczej Kogoś więcej, kto samym Sobą go uświęci. Może słowo "łaska" brzmi nam niekiedy już trochę patetycznie, ale brzmieć tak może tylko wtedy, gdy owe formułki "z łaską w" wypowiadamy bez namysłu nad jej istotą. Łaska nas zbawi, ale (!) z łaską trzeba współpracować.

No okay, ale w takim razie po co te dobre uczynki? 

Gdy ktoś wciąż się zbliża do Ogniska Miłości, wchodzi się z Nim w interakcje, przyjmuje do siebie, ogrzewa się w Jego płomieniu... to nie sposób się nie zapalić ;). Nasz z kolei płomyczek może zapalić kolejną i kolejną osobę. Przechodząc już na grunt dosłowny; gdy szczerze i uczciwie wejdziesz w relację z Bogiem; w modlitwie, w Jego Słowie, w sakramentach; z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, zobaczysz, że takich "tchnień" do zrobienia czegoś dobrego będzie coraz więcej. Spostrzeżesz możliwość do zasiania dobra tam, gdzie jej wcześniej nie dostrzegałeś, lub tam, gdzie brakowało Ci odwagi, by to zrobić.

Miłość ma to do siebie, że nie mieści się w człowieku, musi się więc siłą rzeczy z niego systematycznie wylewać. Jak to zauważył św. Augustyn - nie da się przelać morza do małego dołka.
Ta wylewająca się miłość to właśnie --> 37 W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta Jezus wstał i zawołał donośnym głosem: «Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! 38 Jak rzekło Pismo: Rzeki wody żywej popłyną z jego wnętrza». 39 A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był [dany], ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony. 


To właśnie to:). 
Reasumując, gdy uczciwie i szczerze podchodzimy do naszej relacji z Bogiem; nie będziemy narażeni na niebezpieczeństwo zuchwałego ufania w miłosierdzie Boże, na zasadzie "Mogę robić co chcę, bo Bóg jest miłosierny". Jeśli sam Go odrzucasz, poprzez swoje wybory, to jaką masz gwarancję, że tuż przed śmiercią jednak Go wybierzesz? Serce trudno jest zmienić z minuty na minutę, to proces. A żal doskonały nie jest ze strachu, lecz z miłości.

Co zrobić by nasz każdorazowy żal za grzechy, teraz, tutaj w naszym życiu był z miłości, a nie ze strachu? Wejść w szczerą i uczciwą (celowo powtarzam te dwa przymiotniki już któryś raz) relację z Bogiem na płaszczyźnie modlitwy, Słowa  Bożego, sakramentów, a On powoli krok po kroczku będzie w nas to wszystko "załatwiał", a raczej powiedziałabym "ożywiał". <Nie przejmuj się, że nie zrozumiałeś czegoś w czytanym fragmencie Pisma Świętego; zajrzyj do komentarzy, felietonów, artykułów w katolickiej gazecie/ na stronie internetowej,  książkach, na youtubowych (i tych na żywo) konferencjach, czy podczas kazań, na pewno znajdziesz coś, co wyjaśnia sens fragmentu, który czytałeś ;)> Im więcej przyjmiemy Jego Miłości, tym więcej będziemy jej okazywać osobom wokół i tym bardziej będziemy powracać z Miłości i dla Miłości.

Amen! Dzisiaj krótko i mam nadzieję - treściwie.

Wspaniałego weekendu,
listopada,
życia
Wam życzę!:)

Paaaa!:)