środa, 5 września 2018

W sobotę do klubu, a w niedzielę do Kościoła?



Heeej Wam!:)) 

Dziś porozmawiamy sobie na nieco kontrowersyjny - jak mogłoby się wydawać po tytule temat. Mianowicie - odwieczne, wszechobecne "Czy Katolik może...?" Często zadajemy sobie takie pytanie szukając ujmy w formie, a nie w sposobie robienia/uczestniczenia w czymś. Oczywiście są sfery, czyny, zachowania, eventy na które katolik po prostu nie może  nie chce iść, bo już w samym zamyśle przeczą systemowi wartości, które wyznaje. Często jednak popadamy w przesadę i szukamy zła nawet w ... tańcu. Dzieje się tak oczywiście dlatego, że w dzisiejszych czasach taniec kojarzony jest głównie z erotyzmem, uwodzeniem, "trzęsieniem tyłkiem" i innymi częściami ciała, wulgarnymi gestami itp. Wystarczy włączyć pierwszą lepszą stację muzyczną w TV. Taniec zastępuje tam głównie wyginanie się pań na różne świata strony w coraz to bardziej skąpych stylizacjach, przykładów nie trzeba długo szukać.Człowiek naoglądawszy się takich teledysków z takimi "układami tanecznymi" rzeczywiście może z czasem mieć wypaczone pojęcie o tańcu. 

Całe szczęście jednak, że istnieją tancerze, którzy przedstawiają po prostu sztukę, kobiety które robią to z gracją, godnością i klasą. Piękne stroje, makijaż, fryzura i przede wszystkim ruchy. Nie robią tego, by na siłę się przypodobać ludziom, by ludzie zaczęli snuć o nich dwuznaczne myśli. Robią to, bo dbają o Piękno świata, o Piękno samego człowieka i to przez duże „P”.

„Jestem piękna, więc tańczę” – kobieta z takim podejściem nie zabiega o pustą atencję, czy o pożądliwe spojrzenia. Nie potrzebuje tego, bo zna swoją wartość, wie kim jest i wie jaka jest. Akceptuje siebie i uznaje swoje indywidualne piękno.

 „Nie czuje się piękna, więc tańczę” – i zabiega, zabiega o uwagę, jednorazowe spojrzenia, o rytmiczną grę przedwstępną zwaną szumnie „tańcem”. Bo sama dała sobie wmówić, że jest nic niewarta, dopóki czegoś nie udowodni, nie pokaże. Zapomniała, że jest wartościowa sama z siebie. Patrząc w lustro czuje niechęć, którą przykrywa obfitym makijażem. Zakłada sztuczny uśmiech. Ubiera eksponujące to, co da się wyeksponować ubrania. I idzie na podbój klubu. Ma satysfakcję z tego, że wpływa swoim tańcem na zachowanie facetów.  Do kiedy ta satysfakcja będzie? Do wyjścia z klubu, do wyparowania promili, do przypadkowego pocałunku (żeby tylko) ,  do… rozczarowania, że nie zadzwonił, że nie będzie z tego flirtu związku? W tym momencie zacytuję Kaśkę Nosowską, bo cytat ów idealnie tu pasuje: „Jeśli dajesz się poderwać w klubie, po browarze, to nie zakładaj, że chłopak ma za paskiem u spodni gałęzie do wicia z tobą gniazda rodzinnego.” (cytat pochodzi z książki „A ja żem jej powiedziała”).

 Gdy bywam w klubie czasem obserwuję. Wchodzi grupka osób. Najpierw przez godzinę prowadzą proces „nawadniania się” zwany szumnie rozmową towarzyską. Gdy organizm jest już należycie napierwiastkowany, a właściwie nazwiązkochemicznowany można zacząć tańczyć. Wchodzą dziewczyny, najpierw w swoim gronie, zaczynają zmysłowo się wyginać, w tych miniówkach, obcasach, nawet z jeansami da się coś zrobić, gdy matka natura dała. Zerkają co chwila, czy aby na pewno są należycie obserwowane. Wydaje mi się, że ten taniec nie sprawia im jakiejś tam przyjemności, nie skupiają się na nim, bo ciągle myślą o tym, czy ich ruchy wzbudzają jakąkolwiek reakcję u kogokolwiek, czy to się podoba. Faceci obserwują spod ściany. Im potrzeba więcej wspomagaczy, by w końcu wyszli na parkiet. Wchodzą. Biorą sobie po jednej (jak na razie). Dziewczyny szczerzą się jak głupie do sera. I zaczyna się taniec godowy, kręcenie, ocieranie, chwytanie, macanie. W rytm najnowszych hitów oczywiście.

 Pytanie więc: Czy da się iść do klubu i po prostu dobrze się bawić, wyluzować, wytańczyć, samemu z siebie, a nie pod wpływem <tu uzupełnij> i „obiecujących nieznajomych” wokół? Czy da się wejść do klubu/na inną imprezę taneczną z poczuciem własnej godności i z takim samym poczuciem z niej wyjść?
Da się. Wystarczy tylko chcieć i zrozumieć, przyjąć pewne fakty o samej sobie. Na to potrzeba czasu, jasne, ale czasami powtarzanie na mantrę robi przynajmniej robotę wstępną i może być naszą swoistą barierą ochronną przed niechcianymi zachowaniami i wydarzeniami.
 -->Jesteś piękna taka, jaką jesteś. Swoim uśmiechem, błyskiem w oku, miłym słowem, delikatnością, taktem i klasą masz ubogacać świat. Nie oznacza to, że masz być sztywną panią w gorsecie, nie! Dama może być równie dobrze szalona, energiczna, wygadana, otwarta i lubiąca dobrą zabawę. I taniec nowoczesny.
-->Twoje ciało jest piękne i dobre. Bo może służyć czynieniu dobra. Pokazuje Twoje emocje, komunikuje się ze światem, pracuje, odpoczywa. Oczywiste oczywistości najczęściej są pomijane. Dziś ciało najczęściej kojarzy się ze złem i pokusami. Nie czyńmy go więc takim na siłę.
--> Ludzie, którzy Cię kiedyś skrzywdzili fizycznie i psychicznie nie zasługują po prostu na to, by przez nich Twoje życie miałoby być jakkolwiek ograniczone, zniewolone. Nie bój się sięgać po pomoc, podejmuj wysiłki, by zerwać ze złą przeszłością, by te wspomnienia już nie paraliżowały.

 A wracając do tytułu notki. Natchnienie do napisania tego wpisu dostałam właśnie, po ostatnim weekendzie. W sobotę rzeczywiście byłam w klubie z koleżanką, która do mnie przyjechała, a w niedzielę razem poszłyśmy do kościoła. I tak siedząc w ławce przed Mszą myślałam sobie o tym. I naszło mnie takie poczucie, że to jest okay, normalne, dobre. Bo tak jak teraz z godnością dzieci Bożych siedzimy w kościelnej ławie, tak w nocy z takąż samą godnością tańczyłyśmy w klubie. I niech się Wam to nie kojarzy z jakąś tam powagą, nie, to porównanie nie jest do bólu dosłowne. W klubie byłyśmy energiczne, szalone, skakałyśmy, podnosiłyśmy ręce do góry (bo wiadomo, klasyqqq: JAK SIĘ BAWIOM GORLICE ŁUUUUUUU xD), tańczyłyśmy jak nam w duszy gra, improwizowałyśmy, miałyśmy starannie dobrane stylizacje, fryzury, wyrazisty makijaż (u mnie na powiekach tej nocy królowały oczodajne róże i pomarańcze) i stonowany makijaż (u mojej  koleżanki raczej odcienie fioletu, szarości i srebro). 

Nie starałam się tak ruszać, by poderwać jakiekolwiek faceta, względnie  - by zaprosił mnie do tańca. Czy prosili, czy nie – to w tym momencie nie ważne. Po prostu skupiłam się na tańczeniu i na przyjemności, jaką mi to sprawia. Dobra muzyka, wakacyjny klimat, pewność siebie – to jest to. Może się patrzyli – nie wiem, nie zabiegałam o to. Czasem i ja spoglądałam na innych tańczących. Były osoby, które faktycznie przyszły tutaj dobrze się pobawić i to było widać, że tańczą dla siebie, bo lubią, bo chcą, proste. Nasz schemat nie był typowy, weszłyśmy do klubu, nic nie kupiłyśmy, usiadłyśmy, czekając tylko na to aż parkiet nieco się zaludni i zaczęłyśmy tańczyć i długo z niego zejść nie mogłyśmy ;). Pierwszego i jedynego drinka wypiłyśmy chyba godzinę przed tym jak wyszłyśmy z klubu i był on bardziej w formie ugaszenia pragnienia, niżeli chęci, by procenty w nim zawarte w jakikolwiek sposób wpłynęły na nasze zachowanie.

Kiedyś miałam opory przed tańczeniem, tańczyłam minimalistycznie, niekiedy sztywno, bałam się opinii innych, bałam się wyluzować w tym tańcu i tańczyć tak, jak podpowiada mi muzyka, a nie jak inni to robią.Teraz na szczęście jest już inaczej i dyskoteki/wesela/sylwestry etc. sprawiają mi o wiele większą radość, niż to było kiedyś.
 Ważnym punktem, jeżeli chodzi o moje spojrzenie na taniec były rekolekcje (tak, rekolekcje), na których byłam 24-26 sierpnia w Krakowie. Tytuł przyciągnął mnie już parę miesięcy temu „Jestem, więc tańczę”, więc od razu się zapisałam, myśląc „To coś dla mnie!” Na początku byłam na liście rezerwowej, gdyż zgłoszeń było sporo, ale koniec końców się dostałam.Jak było? Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Tak bardziej stonowanie, minimalistycznie, religijnie. Nie wyobrażałam sobie, że poprzez kroki, które wykonuje się dajmy na to w jazzie, czy tańcu nowoczesnym można też wielbić Boga. To były zwyczajne-niezwyczajne warsztaty taneczne. Z rozgrzewką, choreografią, ale i improwizacją. Połączone były one również z warsztatami psychologicznymi nakierowanymi na samoakceptację, właściwe pojęcie kobiecości, pokochanie siebie i swojego ciała takim jakim jest. Bo wszystko siedzi w głowie. Jeżeli Ty sama uważasz się za piękną, to będzie z Ciebie emanowało takie „coś”, dzięki czemu i inni za tak piękną Cię będą uważać. Mieliśmy (tak, byli tam też mężczyźni) trzy instruktorki, każda z nieco innym podejściem, każda nauczyła nas czegoś innego. Zrozumiałam jak ważna jest otwarta postawa, głowa w górze, plecy wyprostowane, że taką postawą nasze ciało mówi „Znam swoją godność, nie boję się” w erze schylonych nad smartfonami głów, zasłaniania twarzy na zdjęciach itp, wypracowanie w sobie takiej postawy jest bardzo ważne. A jednak, Panie, Ty, jesteś dla mnie tarczą, Tyś chwałą moją i Ty mi głowę podnosisz. – te słowa z Psalmu 3 utkwiły w mojej głowie. 
Zrozumiałam, że można błogosławić swoje ciało i cieszyć się z niego, że można cieszyć się ze swojej kobiecości, nawet jeżeli na tym polu posiadamy wiele zranień.Zrozumiałam, że kroki w tańcu są nieograniczone, że nie warto trzymać się schematów i oglądać się na innych. Że tańcem, można również się modlić. Tak jak każda modlitwa jest indywidualna, tak i taniec. To było niezwykłe doświadczenie – miałam w sobie jakąś intencję, chciałam to ubrać w słowa, lecz zamiast tego wytańczyłam po prostu tą modlitwę. Sounds like a Matrix? Naprawdę tak się da. Wypowiedzieć gestami, to co niewypowiedziane ustami.  Połączyć jedno z drugim – i stworzyć harmonijną, świadomą całość. Że każdy krok może mieć jakieś znaczenie. Oczywiście nie były to klubowe tańce, ale bardziej takie „na występ”, zarówno do szybkiej jak i wolnej muzyki, energiczne i „zwiewne” (choć te drugie również energiczne). Nie znam się na fachowym nazewnictwie xD. Tak czy inaczej taniec jest tańcem i dostosowuje się go zależnie od okoliczności w których jesteśmy i oczywiście muzyki- wiadomo.

 Utkwiły mi w głowie również słowa jednej instruktorki skierowane na koniec do mężczyzn, parafrazuję, bo już nie pamiętam dokładnie: „Jesteście antidotum na kryzys męskości, jak dobrze widzieć, że was ów kryzys nie dotyczy”. I powiedziała to do tańczących całymi sobą młodych i starszych chłopaków. 
Kiedy słyszę, że taniec nie jest męski, to nie zgadzam się z tym. Również płeć męska wstydzi się siebie, swoich ciał, ma niskie poczucie własnej wartości i uważa, że taniec nie jest męski, bo boi się go. Tak to interpretuję. Zasłania się tym, że nie potrafi. Oglądam, często tańczące pary i widzę w nich- w mężczyznach – niezwykłą siłę, pewność, energię, grację nie zaprzeczającą męskości, ale również szacunek – do siebie i do partnerki. To piękny obrazek.

Podczas tych rekolekcji zapałałam po raz kolejny sympatią do tańca. Stwierdziłam – to coś dla mnie, przecież od zawsze lubiłam tańczyć, często to robię. Ale poszłam nieco dalej – zrozumiałam, że pięknym tańcem również można modlić się, wielbić Boga. Dostrzegłam taki złoty środek, pomiędzy wstydzeniem się swojego ciała, a nadmiernym jego eksponowaniem, wystawianiem. Można się przystroić i jednocześnie – zachować takt i klasę.

 I wracając po raz kolejny, do tytułu tego wpisu – czy można w sobotę iść do klubu, a w niedzielę do kościoła i nie odczuwać zgrzytu pomiędzy jednym, a drugim – jak najbardziej można (słowa te kieruję oczywiście do osób pełnoletnich). Trzeba tylko pamiętać o własnej godności, wolności i o tym, że radość można wyrażać na wiele sposobów, stosownie do okoliczności, w których jesteśmy. I tak jak będąc na Mszy wyrażamy swoją radość poprzez właściwe postawy, liturgiczne gesty, czy śpiew pieśni, tak będąc na dyskotece, Sylwestrze, czy weselu – wyrażamy swoją radość poprzez taniec. Taniec nic nie wyrażający, to nie taniec. Możemy tańczyć również sami dla siebie, nie tylko pod wpływem radości, ale i smutku, wtedy będzie on wyrażał coś innego , pod wpływem gniewu – również. W niepewności, zazdrości, rozgoryczeniu, euforii… Taniec to pole, by w dobry sposób dać upust swoim emocjom. Bez strat własnych i w ludziach. Alkohol nie wyzwoli z Ciebie prawdziwych emocji, a wręcz je stłumi, więc go sobie odpuść. Czerp odwagę z samej siebie, a nie zewnętrznych wspomagaczy. Tańcem można wyrazić nie tylko emocje, ale też po prostu postawę, co jest istotne zwłaszcza w tańcu-modlitwie: „Jestem, chcę iść za Tobą, prowadź mnie Panie, chcę otwierać się na Twoje Słowo”. Chociażby.

Nie odrzucajmy więc czegoś, co w jednej z form jest złe. Bo może być taniec a’la Herodiada, ale może być też taniec wzorowany na tańcu Dawida, czy Miriam (tu odsyłam odpowiednio do Nowego i Starego Testamentu). Wyzbądźmy się takiej sztywności, formalizmu, oddzielania wciąż czasu „dla Boga” od „normalnej codzienności”, gdy myślimy o naszej relacji z Bogiem, bo przecież Bóg w tej normalnej codzienności cały czas jest. I wcale nie wymaga, byś cały czas mówił do niego, ale byś po prostu żył. 

 Naszą radosną codziennością również możemy oddawać mu chwałę, nawet jeśli o tym akurat nie myślimy, robimy to bezwiednie np. bawiąc się z rocznym braciszkiem, biorąc go na ręce, podrzucając, przemawiając do niego, przytulając - chwalisz Boga za wspaniały dar, jakim są dzieci, nawet o tym nie wiedząc, że to robisz ;).

 Jeśli lubisz – tańcz, improwizuj, otwieraj się na nowe, przekraczaj swoje bariery, wychodź ze sfery komfortu i minimalizmu. Ale jednocześnie dbaj o tego drugiego człowieka, który stoi nieopodal – by widząc Twój taniec zachwycał się pięknem, a nie myślał o Tobie przedmiotowo. I sama/sam o tym swoim pięknie pamiętaj. 
____________________________________________________________
To już tyle na dzisiaj,
Mam nadzieję, że wszyscy dotarliście do końca tego wpisu,
bo jest on dla mnie bardzo ważny i istotny
Trzymajcie się
Paaaa! :)

PS: Nie wiem, czemu czcionka tak powariowała, że pomimo różnych ustawień i prób dalej nie jest w jednolitym kolorze xD.





poniedziałek, 27 sierpnia 2018

BACK TO SCHOOL 01 - Jak uczynić czas roku szkolnego bardziej znośnym?

Photo on <a href="https://foter.com/">Foter.com</a>

Heeej Wam!:)

Kalendarz jest nieubłagany, sierpnia coraz mniej. To oznacza po prostu, że zbliża się nowy miesiąc, ale chyba żaden inny miesiąc nie jest oczekiwany wśród pewnych grup społecznych z takim wachlarzem różnorakich emocji. W moim przypadku, to po prostu kolejny miesiąc wakacji, ale jeszcze 2 lata temu tak nie było. Pamięć mam dobrą, więc wszystkie te odczucia są jeszcze we mnie żywe. Z perspektywy czasu można zobaczyć sprawy, które umykają nam na co dzień, tak więc postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami, poradami, które umilą Wam nieco rok szkolny. Zacznijmy więc :).

1. W miarę możliwości nie rezygnuj z wszystkich aktywności, które wykonywałeś w wakacje

Rok szkolny rządzi się swoimi prawami, to jasne, jednakże nie udawaj, że cały wolny czas poświęcisz na naukę. Dobrze wiesz jak to się skończy - przeglądaniem social mediów i marnowaniem tegoż czasu. A o wiele lepiej zrobić wówczas coś sensowniejszego. W pierwszych tygodniach wakacji bywa jeszcze niekiedy bardzo ciepło - wybierz się w weekend nad rzekę, jeziorko, napełnij basen w ogrodzie jeśli masz - poopalaj się, popływaj. Jeśli już w pierwszych dniach rzeczywiście jest konkretna nauka - ucz się na leżaku opalając się zarazem, w ten sposób nauka będzie na pewno przyjemniejsza, a Ty utrwalisz swoją wakacyjną karnację ;).
Jeżeli pogoda nie jest tak dobra albo nie przepadasz za plażowaniem - wybierz się w góry, bądź po prostu na spacer po okolicznych polach, lasach. Mało co tak kojarzy się z wakacjami jak obcowanie z naturą.
W wakacje uwielbiałaś jeździć na rolkach/rowerze ze znajomymi? Ten czas, który zapewne i tak zmarnowałabyś przed telefonem przeznacz na tego typu aktywności :).
A co z deszczowymi dniami? I tu nie udawaj, że będziesz się uczył/a 24/7. Przeznacz ten czas, który przeznaczony był do zmarnowania, na rozwijanie swoich talentów. Pisz, gotuj, maluj, śpiewaj, czy tańcz.  Albo po prostu poszukaj swojego talentu, próbując, jeśli nie masz go jeszcze sprecyzowanego, być może jest tak oryginalny, że aż trudny do szybkiego odgadnięcia ;).

2. Szkolne stresy rozładowuj czymś pozytywnym i zdrowym

Szkoła to czas większych i mniejszych stresów, niepowodzeń, trudnych zadań, a także zmagania się z samym sobą. Warto i trzeba co jakiś czas rozładowywać te napięcia. Dobrym pomysłem będzie tu siłownia (jeśli nigdy tam nie byłeś nie martw się, nie musisz od razu zaczynać z wysokiego C, przyjdź na godzinę i z początku zapoznaj się ze sprzętami, zobacz które ćwiczenia Ci odpowiadają, ćwicz zawsze wedle swoich możliwości). Dzięki niej połączysz przyjemne z pożytecznym --> zadbasz o zdrowie, a także po prostu odprężysz się po szkolnych stresach. Jeżeli walczysz ze słomianym zapałem - wykup karnet np. 8 wejściowy. Dzięki temu perspektywa straconych pieniędzy pomoże Ci nie rzucić tego po jednym razie ;).
Możesz także podjąć jakąś inną aktywność, jak taniec, bieganie, pływanie, czy jazda na rowerze. Każda z nich będzie wspaniałym antidotum, pomoże Ci "odtruć się" i spojrzeć na wszystko spokojniej.
Nie zapominaj także o wyjściach ze znajomymi. Jeżeli nie masz żadnych propozycji, to sam zaproponuj wyjście np. na pizzę, czy kręgle. Może oni też czekają na czyjś impuls :).

3. Dużo rozmawiaj z ludźmi w szkole

Przerwy nie są może najdłuższe, ale potrafią dłużyć się niemiłosiernie, gdy nie mamy z kim porozmawiać. Jeśli Twoja klasa jest delikatnie mówiąc "taka sobie", postaraj się zapoznać ludzi z innych klas, czy to równoległych, młodszych, czy starszych. Niech Cię nie powstrzymuje myśl "pewnie moja klasa im coś nagadała i mają o mnie złe zdanie." Wszystkim? Really? Przecież do szkoły chodzi zazwyczaj kilkaset osób, więc nie daj się takim myślom. Możesz zrobić to nawet poza szkołą, na jakiś zajęciach dodatkowych, na osiedlu etc. Dzięki temu nie będziesz ograniczony swoją klasą i będziesz mógł/mogła po prostu na przerwie podejść pod inną salę i tam z kimś pokonwersować. Nie zatrzymujcie się na etapie rozmawiania o szkole, bo przerwy to czas by oderwać się od tego wszystkiego. Nie wstydź się poznawać drugiej osoby, pytaj o jej zainteresowania, o to jak spędza wolny czas, gdzie ostatnio wyjeżdżała etc, dzięki temu dowiecie się, że łączy Was o wiele więcej niż szkoła ;). I ta szkoła dzięki temu stanie się znośniejsza. Nie idź na łatwiznę i nie zamykaj się na przerwach siedząc pod ścianą w telefonie i z słuchawkami na uszach. Zasługujesz na lepszy i fajniejszy czas :).

4. Nie idź na łatwiznę, jeśli chodzi też o naukę. Ucz się na tyle, na ile potrafisz. Niezależnie od tego, czy szczytem Twoich możliwości z danego przedmiotu jest 3, czy też 5.

 Są tacy, którzy nie muszą się wiele uczyć, by mieć same piątki. Są jeszcze - i ta grupa jest zdecydowanie większa - ludzie, którzy po prostu z jednego przedmiotu są gorsi, z innego słabsi, bo takie mają możliwości. Są w stanie np. mieć 5 z polskiego, czy historii, ale z fizyki czy matematyki stać ich jedynie na 3. Jeżeli się uczciwie uczą oczywiście. Bo może być tak, że oleją jedno i drugie i wtedy - choć możliwości mają - uważani są za leserów. Nie daj sobie wmówić "mi z zasady nauka idzie topornie", bo pamiętam ze swojej klasy ludzi, którzy gdy się postarali (np. na tzw "zdawki" lub w obliczu zagrożenia jedynką na semestr) potrafili nauczyć się czegoś, danego działu i przy odpowiedzi/teście poszło im całkiem nieźle, jak na ich możliwości. Czyli wniosek z tego jest taki, że gdyby uczyli się też w semestrze, mogliby spokojnie mieć te trójki.
Ucz się tyle, byś później mógł być zadowolony z siebie - nie z Twojej oceny (zabrakło punkta etc), ale ze swojej pracy, z tego, że dałeś z siebie wszystko w danej dziedzinie, że dowiedziałeś się czegoś (spróbuj zainteresować się danym przedmiotem, nawet jeśli nie jest on Twoim ulubionym) i faktycznie rozumiesz to chociaż trochę. Najgorsza jest chyba świadomość, że spokojnie mogłem coś mieć, gdybym się postarał, ale nie osiągnąłem/am tego przez swoje lenistwo. Ja do dziś żałuję, że nie postarałam się bardziej w takim jednym konkursie w gimnazjum tylko poszłam "z biegu" i zabrakło mi niewiele punktów, by przejść dalej, a gdybym pouczyła się na niego powiedzmy - godzinę dziennie przez 2 tygodnie, to mogłabym osiągnąć znacznie więcej.

5. Nie traktuj nauczycieli jako swoich wrogów

To ich praca, po prostu. I jak w każdej pracy - jedni wykonują ją lepiej, inni gorzej. Jedni są tam z pasji, a drudzy z musu (np. chcieli robić coś innego w życiu, ale im nie wyszło, ktoś ich namówił do takiego kierunku etc). Nikt nie jest wolny od błędów. Oczywiście najlepiej by było, gdyby uczyli wyłącznie ludzie z pasją i podejściem, ale nie każdy to posiada. Niektórzy nauczyciele reagują obronnie - np. klasa jest nieznośna, to oni stają się ostrzy i niemili - bo po prostu inaczej nie potrafią sobie z tym poradzić. Niektórzy boją się tego, że klasa wejdzie im na głowę, jak tej koleżance z innej szkoły, więc już od pierwszych zajęć są surowi i krzyczą za każde złe zachowanie, niekiedy wyolbrzymiając je.
Ale spróbujcie przyjąć te myśl, że tak naprawdę oni są zupełnie zwyczajnymi ludźmi, jak każdy dorosły. Mają normalne życie, bawią się, imprezują, mają rodziny, przyjaciół, swoje radości i smutki. Mają lepsze dni i gorsze. Oczywiście w idealnym świecie nasz humor nie powinien odbijać się na otoczeniu, ale czy rzeczywiście tak jest? Czy Ty swoim humorem nie uprzykrzasz niekiedy życia koleżankom, rodzicom, chociaż oni nie są niczemu winni?

Są oczywiście nauczyciele, którzy zachowują się skandalicznie, np. gnębią jakiegoś ucznia, zastraszają etc. O tym powinno się informować nauczycieli, dyrekcję itp. Ale normalnych nauczycieli jest zdecydowanie więcej. Często uczniowie po prostu zbyt biorą do siebie daną sytuację. Np. nauczycielka powiedziała Ci przy tablicy coś w stylu "No pomyśl w końcu! Od czego masz głowę?" Oczywiście nie powinna tak mówić, sugerując Twój rzekomy brak pomyślunku. Ale może ona nie chciała tego sugerować, ani też nie chciała robić Ci złej opinii na tle klasy, po prostu wyrwało jej się, bo już tego dnia piąty uczeń nie potrafił rozwiązać prostego zadania przy tablicy, które z resztą było omawiane lekcję temu. Zawsze możesz podejść do niej bezpośrednio po TEJ lekcji, na której powiedziała Ci coś niemiłego i zakomunikować jej spokojnym tonem: "Poczułem/am się głupio/niemiło, skrępowany gdy pani mi tak powiedziała, moim zdaniem nie powinna była pani używać takich słów w moją stronę" - dasz jej to do zrozumienia, bo może nie była tego świadoma i od teraz postara się bardziej baczyć na słowa. Może dzięki temu pomożesz sobie, ale i innym osobom! My też czasem powiemy coś komuś bez złej intencji i dopiero później dowiadujemy się, że jego to zabolało.
Jeżeli nauczycielka postawiła Ci niesprawiedliwą - Twoim zdaniem - ocenę za sprawdzian, nie rzucaj się, tylko podejdź po lekcji i zapytaj spokojnie, dlaczego tak się stało, co zrobiłeś/aś źle. Spytaj się jej też, na co masz zwrócić największą uwagę podczas nauki do kolejnego sprawdzianu - na wykresy, ciągły tekst, grafy, a może na to co jest w zeszycie? Okazując swoje zainteresowanie i zaangażowanie w Twój proces edukacji - jeszcze u niej zapunktujesz ;) .
_____________________________________________________

To już tyle na dzisiaj,
piszcie, jakie Wy macie sposoby na umilenie sobie szkoły
Trzymajcie się i powodzenia!
Paaaa :)









środa, 22 sierpnia 2018

Jak odciąć się od przeszłości?

Heeej Wam!:)

Jak mijają wakację? Mam nadzieję, że nie tylko Wam mijają, ale i ubogacają. Mijać to można drzewa przy autostradzie ;). Wakacje to mnóóóstwo czasu na coś więcej.
Dawno nic tutaj nie zamieszczałam, co spowodowane było moimi różnymi wyjazdami. Od jakiegoś czasu jestem już w moim rodzinnym mieście, aczkolwiek nie miałam weny. Teraz mam!
Dzisiaj porozmawiamy sobie na temat tego, jak odciąć się od przeszłości, nie koniecznie tylko tej złej, po prostu od przeszłości, bo życie tym co było kiedyś nie pozwala nam rozwijać się i korzystać z chwili obecnej, niezależne od tego czy owe "kiedyś" obfitowało w zdarzenia dobre, czy też złe.
Tooo zaczynamy:



1. Powtórz ulubione wydarzenia!

Te, które się da oczywiście. Żadna chwila się nie powtórzy, to jasne, ale jeżeli wciąż rozpamiętujesz np. jak to super było na obozie wakacyjnym w zeszłym roku, to jedź tam drugi raz. Osobiście preferuję coraz to nowe miejsca, ale znam dziewczynę, której tak spodobało się w Złotych Piaskach, że na następny rok pojechała w dokładnie to samo miejsce, by przeżyć raz jeszcze ową przygodę w ulubionej scenerii.
Wciąż wspominasz koncert ukochanego zespołu? Sprawdź gdzie grają i postaraj się pojechać tam drugi raz. Niezapomniane karaoke na imprezie urodzinowej u koleżanki? Na swoich urodzinach powtórz to :).

Nie chodzi tu o to, żeby z przeszłości przerzucić się na przyszłość, nie. Chodzi o wyrobienie w sobie pewnej świadomości, że przed nami jeszcze wiele wspaniałych chwil; to, że kiedyś było wspaniale, nie znaczy, że dobry czas się nie powtórzy i nie musimy sobie tego "nadrabiać" myśląc wciąż o tym. Zamiast tego możemy skupić się na dniu dzisiejszym i pomyśleć, co takiego możemy zrobić, by sensownie go spędzić, by to była właśnie jedna z "tych" chwil godnych zapamiętania.

2. Nie powtarzaj wciąż "bo kiedyś to było o wieeele lepiej..."
.
 Ten punkt wiąże się właściwie z poprzednim. Jeszcze nie wiesz jak dobre jest "dzisiaj" do póki nie stanie się ono "wczoraj". Zauważyliście, że mało kto używa sformułowania "teraz jest lepiej niż kiedyś"? Przeważnie padają stwierdzenia odwrotne niezależnie czy chodzi o pogodę, sport, młodzież, szkolne wycieczki, wychowywanie dzieci, muzykę... Większość komentarzy pod starymi piosenkami to: "Kiedyś to była muzyka! Nie to co teraz", nawet jeśli ów utwór był w roku powstania hejtowany. To, co dziś jest wyśmiewane, kiedyś będzie wspominane z łezką w oku.
Nie mów więc, że zeszłoroczny obóz był lepszy od tegorocznego, bo rok temu mówiłeś to samo i za rok powiesz to samo. Gdy powtarzamy wciąż, że kiedyś było lepiej, to automatycznie blokujemy się na to co jest teraz. Sami sprawiamy, że nie jest "lepiej". Jest po prostu inaczej, a inaczej nie znaczy "gorzej". Czasami projektujemy sobie, iż dane wydarzenie będzie miało podobny scenariusz, jak to poprzednie. Gdy rzeczywistość nie trzyma się naszej "projekcji" narzekamy, a skąd wiesz, może gdyby nie Twój opór, to byłoby jeszcze wspanialej?

To Twoje zachwalane "kiedyś", gdy było chwilą obecną nie podobało Ci się tak bardzo. Bo to złudzenie. Odrzuć to i postaraj się, by Twoje życie z każdym dniem było lepsze, byś każdego dnia mógł powiedzieć "Teraz jest lepiej niż kiedyś", a każdego 31 grudnia "to był najlepszy rok w moim życiu". Tego nam wszystkim życzę :). Nie bądź bierny, nie licz tylko na innych, sam kreuj swoją rzeczywistość.

3. Pogódź się z tym czego nie możesz już zmienić; podjętymi decyzjami, rozegranymi rozmowami, tym co mógłbyś dodać.

Wieczór. Leżysz w łóżku. Starasz się zasnąć, ale nie możesz. Nie możesz, bo wciąż myślisz o tej ostatniej rozmowie. Przecież zamiast tak (...) mogłeś powiedzieć tak (...), to by wszystko zmieniło! Ach, dlaczego cięte riposty przychodzą mi po kilku godzinach. Może nie straciłabym tego, co straciłam, może ta osoba miała by teraz o mnie lepsze zdanie, może nie skompromitowałabym się... STOP! Nie myśl o tym. Nic nie zyskasz, a stracisz nerwy, czas i przy okazji nawkładasz sobie do głowy jakiś bzdur, które w tym bałaganie zaprojektował Twój mózg. Po prostu odpuść. A skąd wiesz, może gdybyś powiedział/a a tak jak sobie to później pomyślałeś, to byłoby jeszcze gorzej. Widocznie tak musiało się stać, pogódź się z tym, że nie wiesz dlaczego. Może kiedyś się dowiesz (czas pokaże np. że ta znajomość by Ci zaszkodziła), a może nie. Znajdź wolność w tym, że nie będziesz znał/a odpowiedzi na wszystkie pytania. Zostaw to. Po prostu.

4. Ludzie, którzy kiedyś Cię zranili nie są jakimkolwiek powodem do ograniczania Twojego "teraz". To samo z porażkami.

Już nikomu nie zaufam. Obiecująca znajomość? Na pewno zostawi. Przyjaciółka? Obgada. Wycieczka klasowa? Nie uda się, nie pojadę już nigdy po ostatnim! (to nic, że teraz mam nową klasę). Rok temu na obozie były chamskie dziewczyny w pokoju, w tym już nie pojadę! (to nic, że tym razem będą zupełnie inne osoby). Ostatnio nie wyszła mi praca, już nie próbuję. Oblałam test, mimo, że uczyłam się tydzień, do drugiego nie ma sensu się uczyć. Skrytykowali mnie za moje poglądy, cóż przestanę je ujawniać.
Stoop!

Dlaczego masz rezygnować z fajnych przeżyć (np jakiś wyjazd), ze względu na to, że na poprzednim były chamskie osoby? Czy są one na prawdę warte tego, by przez nich zrezygnować? Gdyby o tym wiedziały, sprawiłabyś im tylko satysfakcję, a przecież tego nie chcesz.  To, że była przyjaciółka okazała się fałszywa, to nie znaczy, że masz teraz trzymać się z wszystkimi na dystans i nie dopuszczać ich do siebie. Samotność tylko pogłębi frustrację i poczucie straty. To, że oblałaś pierwszy semestr, to nie znaczy, że w drugim masz odpuścić z myślą "i tak będę mieć nzal", skoro masz jeszcze szansę na pozytywną ocenę. Nawet jeśli stało się to, według Ciebie niezbyt sprawiedliwie, tym bardziej, nie daj osobie, która Cię tak potraktowała satysfakcji, tudzież utwierdzenia w jej błędnym mniemaniu o Tobie. Jeśli masz ochotę wyrazić zdanie w dyskusji, niech Cię nie płoszy to, że kiedyś zostałeś zignorowany/wyśmiany. Skąd wiesz - może Twój głos w danej sprawie będzie decydujący, Twój pomysł spotka się z aprobatą, a Ty chcesz zrezygnować przez... jakichś tam ludzi z przeszłości?

5. Człowiek nie jest z granitu. Niekiedy, przy trudniejszych wspomnieniach, traumach, zranieniach etc. potrzeba pomocy kogoś jeszcze. To naturalne i jak najbardziej normalne. 

Czasami decydującym czynnikiem w odcięciu się od przeszłości, w zmaganiach z naszymi wewnętrznymi potworkami, które zafundowali nam inni bądź my sami, potrzebne jest podjęcie psychoterapii. To bardzo dojrzały krok w życiu człowieka, więc bądź z siebie dumny jeśli go postawiłeś. Nie ma się więc czego wstydzić, wręcz przeciwnie. Na szczęście w naszym społeczeństwie powoli zmienia się pogląd na te sprawy. Ludzie zaczynają rozumieć, że tak jak istnieją lekarze ciała, tak też istnieją lekarze psychiki. I chodzenie do lekarza to nie wstyd, lecz po prostu konieczna sprawa, ot - dbanie o zdrowie. Tak jak nie możemy zaniedbać podejrzanych bólów w naszym ciele, tak i też nie możemy bagatelizować szwankującej psychiki. Po co masz się męczyć? Po co masz brać byle jakie życie z ograniczeniami? Możesz mieć normalne życie i normalne reakcje nie zanieczyszczone Twoimi różnymi schizami. Możesz mieć racjonalny ogląd sprawy. Możesz akceptować siebie i mieć zdrowe relacje z innymi. Idź i dowiedz się co Ci dolega i co masz zrobić w danej sytuacji. Pomoże. Jak nie jeden, to drugi. Tylko uwierz, że to możliwe.

6. Przebacz. To zawsze pomaga w odcięciu się od przeszłości.

Zrypałeś sprawę? Przebacz sobie. Źle rozegrałeś rozmowę? Przebacz i do następnej ważnej rozmowy przygotuj się solidniej. Nie odważyłeś się na coś i teraz żałujesz? Przebacz. Zrobiłeś coś i żałujesz? Przebacz samemu sobie.
Podobnie w sprawie innych. Jesteśmy tylko ludźmi. Tak jak i Ty popełniasz błędy tak samo inni je popełniają. Tak samo jak Ty ranisz ludzi - inni również to robią.
Przebacz fałszywej koleżance, chłopakowi, który oszukiwał, mamie, która ciągle krytykowała, babci, która bardziej lubiła młodszych/starszych wnuków, nauczycielce, która postawiła Ci niesprawiedliwą ocenę, profesorowi, który Cię oblał bezpodstawnie, etc, etc.
 Koleżanka mogła to zrobić, bo najzwyczajniej w świecie była niedojrzała i tak odreagowywała różne sytuacje, podobnie z chłopakiem. Mama krytykowała, bo chciała w ten niepoprawny sposób zachęcić Cię do większych starań. Babcia ciągnęło do maluszków, bo sama swoje dzieci bawiła przez jakiś miesiąc, a później musiała wrócić do pracy. Brakowało jej tego w życiu. Nauczycielka/profesor są tylko ludźmi, mogli po prostu przez zmęczenie nie starać się tak bardzo przy poprawianiu prac.
Czy to kogokolwiek z nich usprawiedliwia? Nie. Ale ani Ty, ani oni nie są alfą i omegą. Popełniamy błędy. Często przez egoizm, przez jakieś własne widzimisię. Inni ludzie przez to ucierpią.
Nie zastanawiamy się nad tym, czy jakieś nasze zachowanie nie wpłynie negatywnie na drugą osobę, czy nie poczuje się ona odepchnięta, niechciana.
Po prostu przebacz. Niezależnie od tego, czy ktoś zranił Cię celowo, czy też nie.
"Trzymanie urazy, to jak wypicie trucizny z nadzieją, że zatruje ona tą drugą osobę" - otóż to.
Nie przebaczamy tylko dla tej drugiej osoby, dlatego, że ona na to zasługuje itp. Przebaczamy również dla siebie. Po to byśmy mogli w końcu uwolnić się od tego niszczącego wspomnienia. By na jego myśl nasze wnętrze już się nie burzyło, by stało nam się ono obojętne, by nie wpływało na naszą teraźniejszość.

__________________________________________

To już tyle na dzisiaj,
piszcie jak Wy radzicie sobie z odcięciem się od przeszłości
Trzymajcie się i korzystajcie z końcówki lata!
Paaaa! :))


wtorek, 10 lipca 2018

15 FAKTÓW O... STUDIOWANIU :D


Heeej wszystkim!:)

Dziś robimy sobie małą przerwę od cyklu 20 things, bo tym razem chcę opowiedzieć Wam troszkę z przymrużeniem oka, a troszkę na serio o studiowaniu. Tak, tak są wakacje - ale to nie przeszkadza, by spojrzeć nieco z perspektywy na miniony rok akademicki. Dlatego przygotowałam dla Was 15 faktów o studiowaniu.
Zaczynajmy!:)

1. Ludzie w procesie edukacji zasadniczo dzielą się na kilka typów: ci, dla których  pogląd "nieważne oceny, byle zdać" zaczyna się już w gimnazjum - tych jest stosunkowo najmniej, kolejni - pogląd ten obierają w liceum - tych jest już znacznie więcej i ostatnia grupa "byle zdaje" dopiero na studiach. Oczywiście jest też pewna grupa mieszcząca się w granicach błędu statystycznego, która i na studiach pragnie mieć same 5 i udaje im się to (pozdrawiam A ;*). Ale zasadniczo studenci zdając trudny przedmiot cieszą się z trójki i ja do nich należę (a jeszcze rok temu coś takiego przyprawiło by mnie o oburzenie). No cóż - studia zmieniają ludzi XD

2. A tak naprawdę to zmieniają się priorytety, bo jak w liceum mogliśmy poświęcić trochę czasu na naukę, nie trzeba było rezygnować z przyjemności - można było się pouczyć, a później pojechać do Warszawy, iść na koncert, iść na imprezę, na zakupy... a później wrócić i znów się trochę pouczyć i dostać 5. Na studiach - jest tego tyle, że gdyby chcieć mieć same piątki, to trzeba by siedzieć całymi dniami, a przecież... (patrz punkt 3)

3. Na studiach jest jeszcze tyyyyle innych zajęć oprócz nauki - oczywiście poznawanie nowych osób, chodzenie z nimi w różne miejsca, imprezowanie, chodzenie do teatru, na konferencje naukowe, na spotkania ze sławnymi osobami; pisarzami, prawnikami (ehe), aktorami... Uczestniczenie w różnorakich kołach zainteresowań, już pomijając czas, który zabiera przygotowanie sobie obiadu, czy wyjście gdzieś zjeść, większość też długo dojeżdża. Tak więc widzicie - nauka nie może nam pochłaniać całego dnia...

4. ... a jeszcze na wykłady i ćwiczenia iść trzeba :D. Ja osobiście raczej regularnie chodziłam na wykłady, a ćwiczeń, to już prawie w ogóle nie opuszczałam. Ale nie wszyscy są tak pilni ;). To zależy w sumie od uczelni, bo na niektórych wykłady są obowiązkowe - u nas nie. Ćwiczenia, jak się już zapisze, to są formalnie obowiązkowe, aczkolwiek to od ćwiczeniowca zależy, czy sprawdza obecność, czy też nie.

5. Ludzie na studiach są jednak bardziej zaangażowani. W szkole, gdyby jakiś nauczyciel nie sprawdzał obecności - większość nie przychodziłaby na tą lekcje. Na studiach jest jednak inaczej. To od sposobu, w jaki prowadzone są zajęcia zależy, czy przychodzi na nie tłumy studentów, czy też nie. Niektóre wykłady/ćwiczenia, pomimo braku sprawdzania obecności zawsze miały pełne sale. Charyzmatyczny prowadzący robi swoje.

6. No... z początku roku frekwencja była również na najważniejszym przedmiocie pierwszego roku, pomimo iż wykłady były średnio dynamiczne ;)), aczkolwiek po jakimś czasie i tutaj nie było wyjątków od reguły i przychodziło coraz mniej osób.

7. Na studiach znajdziesz ludzi, którzy są zaangażowani, tak jak Ty! Dlaczego? Jeśli nie są na danym kierunku z przypadku, to zapewne mają zainteresowania podobne do Twoich i również poświęcają im dużo uwagi. To już nie szkoła, gdzie ponadprzeciętna aktywność spotyka się z krzywymi spojrzeniami, na studiach taka postawa jest bardzo pożądana. Nie tylko przez ludzi zza drugiej strony biurka, ale i przez Twoich współtowarzyszy ;). Ja osobiście byłam aktywna na... właściwie wszystkich ćwiczeniach jakie miałam i oprócz tego, że jestem kojarzona przez moich ćwiczeniowców, co jak wiadomo zawsze się przydaje, to i kilka razy usłyszałam od koleżanek/kolegów "Wow, super, że się tak udzielasz". A w szkole byłoby zapewne "Kujon!"

8. To jest chyba oczywistość, straszą Was tym w liceum (i we wszystkich poprzednich szkołach "Aaa zobaczycie w 4-6 nikt się Wami nie będzie interesował", "Aaa zobaczycie w gimnazjum to już będą Was traktować jak dorosłych", "Aaa w liceum to nikt za Wami nie będzie biegał") - obiecanki cacanki. Ale na studiach... ta obietnica w końcu się spełnia.
Nikt o Ciebie nie zadba, musisz sam zadbać o swoje załatwienia, formalności, egzaminy. Nikt Ci nic nie powie, po prostu spotkają Cię konsekwencje Twojej niesubordynacji.
Ze studiów wylatuje się po cichu. Zawiało grozą... XD

9. Możesz w końcu wyjąć kijek z tyłka i być po prostu sobą. W liceum już, już pojawiają się jakieś przejawy indywidualizmu i nie jest on tak tępiony jak w gimnazjum, aczkolwiek jednolita masa mózgowa w jakimś tam stopniu dalej zostaje utrzymana.
Na studiach większość osób ma wyrypane na to jak się ubierasz, jakiego jesteś wyznania, rasy, jaki masz kolor włosów, ile zarabiasz, czy jesteś z takiej rodziny czy innej - who cares. Powiem coś żartobliwego, szczerego, wprost, wbrew uznanemu w szkolnych czasach "co wypada powiedzieć psiapsi, co fejmowi, co niefejmowi, co fajnemu chłopakowi, a co niefajnemu" - w szkole by było "patrz jaka idiotka", a tutaj spotyka się to z miłym przyjęciem, ewentualnie przebiciem tejże wypowiedzi. Przez to jaki jesteś naprawdę zdobywasz sobie znajomych, po pewnym czasie i przyjaciół. Najważniejsza to otwartość, pozytywne podejście do świata i działanie w zgodzie z sobą, a nie oczekiwaniami innych. Niektórych będziesz irytować, niektórych bawić, niektórych odrzucać, niektórych inspirować, ktoś Cię polubi, a ktoś nie - i takie jest życie. Ale raczej nie musisz się obawiać o obgadanie za plecami, bo jak już mówiłam - who cares. Nawet jeśli obsmarują Ci plecy - to nikt do tego większej wagi nie przyłoży, więc i Ty nie musisz.

10. Nie musisz się krępować tego (a raczej innych to nie krępuje), że jakaś dziedzina naukowa Cię na maksa fascynuje. W szkole, to było raczej źle odbierane, wszystko byleby przeciętnie, takie osoby, były uważane za trochę dziwne i traktowane pobłażliwym uśmieszkiem.
Wykazywanie się na lekcjach ponadprogramowymi wiadomościami - cóż zazwyczaj ludzie woleli siedzieć cicho, byleby nie wychylić się ponad bezpieczną platformę uznanego zachowania.
Na studiach - "Wooooo Ty to jesteś ;)!" "Pozytywna osoba!"
I tak ma być - kto ma zdobywać świat jak nie osoby z pasją? Prawda jest taka, że ludzie zaangażowani na maksa w to, co robią zdobywają świat, a szarzyzna patrzy i narzeka - "E, udało im się".

11. Stracisz dużo pieniędzy. No oczywiście! Dojazdy, jedzenie... i tu kończy się budżet przeciętnego studenta. Ale i przecież na miasto iść trzeba, niekoniecznie od razu na imprezę, można też do teatru, czy gdziekolwiek, więc... można zjeść taniej! Można iść na piechotę! Kreatywność studenta nie zna granic ;). 
Jak wykombinować żeby miało jak najwięcej kalorii za jak najmniejszą cenę, tak by starczyło na jak najdłuższy czas, najlepiej na te wszystkie 3 wykłady pod rząd, ponieważ...

12. ... na sali wykładowej zasadniczo się nie powinno jeść ani pić (no oczywiście), aczkolwiek mi nie zawsze się ta sztuka udawała, ponieważ, gdy w poniedziałki miałam do wyboru wstać o 7 lub o 7:25, to wybierałam tę drugą opcję, szłam do Lewiatana (to nie jest lokowanie produktu!:P) i kupowałam sobie warzywno-mięsną sałatkę i to było moje śniadanie. Więc na początku wykładu jeszcze sobie coś podjadałam. Ah... "Otwórz mi to, a ja zakaszlę, żeby nie było słychać" ... klasyk. Lub też te wszechobecne pykania otwieranej puszki, tudzież butelki z colą... ( to u mnie, u innych niestety energetyki, zgroza :P ).

14. Na studiach będziesz jarać się tym, że jest 5 rano i ludzie wokół Ciebie wychodzą ze swych mieszka i domów, by iść do pracy, a Ty wracasz właśnie od znajomych, idziesz na tramwaj i w perspektywie masz upragniony sen w ciepłym łóżeczku, a później obiad na śniadanie. Personally love it. Zwłaszcza, jeżeli tak jak ja masz wolne piątki.

15. Zdobędziesz masę, masę najróżniejszych wspomnień, zrobisz wiele nieplanowanych, spontanicznych rzeczy, sprawdzisz swoją zaradność i kreatywność. No i przede wszystkim - w końcu zaczniesz żyć w mniejszym lub większym stopniu na własną rękę - co jest jak najbardziej naturalnym i pożądanym etapem w życiu każdego człowieka.
Studia są po prostu krokiem naprzód, krokiem w dorosłość, w rozwój. I to jest dobre, nie bój się tego :).
_________________________________________________________________


To już tyle na dziś,
mam nadzieję, że zachęciłam Was do studiowania
nie bójcie się, będzie super, jeśli dobrze to wszystko rozeznacie
Paaaaa!:)





sobota, 7 lipca 2018

20 things part 2




Heeej Wam J !
Dziś druga część moich życiowych „pro tipów”. Wróciłam z gór cała i zdrowa (no, może z lekkimi zakwasami), więc można znów coś tu na blogu podziałać. Ok, zaczynajmy.


6. Wykorzystuj szanse
Nie omijaj okazji, które serwuje Ci życie. Może to być szansa na nauczenie się czegoś nowego, pojechanie gdzieś, poznanie nowych osób, pójście na jakiś event itp.  Czasami od małych rzeczy, zwykłej decyzji, „przypadku” rozpoczynają się kolosalne zmiany w naszym życiu, myślę, że wiecie to po sobie. Tak więc nie narzekaj, że w Twoim życiu wszystko jest zawsze takie same, tylko wykorzystuj szanse, które dostajesz od losu. Najtrudniejszy pierwszy krok J. Podam przykład z mojego życia, jak z pozoru mała decyzja zapoczątkowała szereg znaczących zdarzeń. W marcu 2015 roku miałam okazję pojechać na spotkanie dla wolontariuszy na ŚDM. Wtedy wcale nie miałam jakiś ambicji by tym wolontariuszem zostać, no ale ksiądz mnie zapisał więc  mówię "okay", pojechałam. Na tym spotkaniu dowiedziałam się, że będzie organizowany wyjazd na Lednicę z pewnej parafii, od kilku miesięcy miałam w planach tam jechać, nie wiedziałam tylko jak, więc zaraz za kilka dni się zapisałam. Ta Lednica była przełomowym zdarzeniem  dla mnie, jeśli chodzi o moją wiarę, można by powiedzieć, że wtedy tam „opamiętałam się”, zaufałam w końcu Bogu i pozwoliłam Mu dotrzeć do mnie. Od tego czasu moja wiara idzie do przodu, już nie stoję w miejscu tak jak przed tym wydarzeniem. A jeśli chodzi o ŚDM, który był rok później –  dzięki temu, że byłam wolontariuszem (bo na samo ŚDM jako uczestnik i tak pewnie bym pojechała) miałam okazję spędzić dużo czasu z moim teraźniejszym chłopakiem na wyjazdach i zakochałam się tam w nim.  Widzicie więc, że szereg tych zdarzeń był bardzo znaczący, a wszystko to przez jedną decyzję – by pojechać na spotkanie i zostać wolontariuszem J.

7. Dziel się swoją pasją
Nie zostawiaj tego co potrafisz tylko dla siebie. Dostałeś dar pięknego głosu po to, byś mógł on zachwycać innych, dostałeś umiejętności plastyczne po to, by ludzie mogli podziwiać, kontemplować, rozmyślać nad Twoimi dziełami lub po to by po prostu obdarować kogoś Twoim rysunkiem/obrazem/rzeźbą itd. Tak jest z każdym talentem. Po to masz dar empatii – by pomagać tym innym. Masz nieprzeciętne poczucie humoru – rozweselaj osoby smutne. Każdy ma coś, co po prostu mu dobrze wychodzi, czy jest to talent bardziej czy mniej spektakularny. Ja na przykład lubię pisać (co za zaskoczenie!), ale nie robię tego tylko dla siebie (jak widać!). Czasami dam komuś wiersz z jakiejś okazji, czasami napiszę dla kogoś jakiś tekst, czy bajkę. Napisałam też rozważania różańcowe, czy na drogę krzyżową i zostały one odczytane podczas  tych nabożeństw w mojej parafii. To bardzo miłe uczucie, że ktoś może słuchać i rozważać  moje rozmyślania, że mogę się nimi dzielić nie tylko w internecie, ale i w realu. W tym roku będę na wakacjach przez jakiś czas opiekować się dziećmi, jak starczy mi czasu to mam w planie napisać im wcześniej kilka krótkich bajek, a co, może się im spodobają ;).

8. Nie musisz być w związku
Po prostu, a wiek to nie wstyd.  Jesteś w liceum i nie miałaś jeszcze nigdy chłopaka? A może już na studiach? Co z tego! To wcale źle o Tobie nie świadczy, a w niektórych przypadkach może nawet świadczyć i dobrze - nie zaangażowałaś się w relację z pierwszym lepszym. Nie bierz byle kogo, byleby tylko nie być sama. Ta intencja „muszę kogoś mieć za wszelką cenę” później negatywnie odbija się na związku. Poczekaj na kogoś, z kim naprawdę będziesz mogła zbudować wartościową relację. A tymczasem – doceniaj zalety bycia nie-związkowcem !:) Masz więcej czasu dla siebie i dla swoich przyjaciół, Twój portfel jest cięższy (wiadomo – związek wiąże się z wydatkami takimi czy innymi,  bo któż z nas na pierwszą randkę nie kupuje czegoś nowego? ;) ), nie cierpisz z powodu kłótni i nieporozumień w związku, nie masz problemów z zazdrością o drugą połówkę,  możesz po prostu pomyśleć o swoich priorytetach, poukładać w sobie pewne sprawy i w ten sposób przygotować się do ewentualnego związku.  Ja w pierwszym prawdziwym związku zaczęłam być jak miałam 18 lat i uważam, że to wcale nie było za późno, wcześniej raczej nie byłabym na tyle dojrzała, by zacząć taką relację. I wtedy  też nie byłam „wystarczająco”, ale cóż znaczy wystarczająco.  W pełni gotowym na związek nigdy się nie będzie, trzeba niektóre rzeczy kształtować „w trakcie”. Cieszę się, że nie mam za sobą jakiś tam „gimnazjalnych związków”, bo pewnie dużo głupot bym narobiła, a zranienia zostałyby do teraz. Lepiej zacząć z kimś związek na poważnie, gdy się nieco dojrzeje i poukłada sobie pewne sprawy.  Niepowodzenia zawsze będą, ale i tak ze związkiem nie ma się co spieszyć. Według mnie takie bezcelowe „chodzenie” dla samego chodzenia jest bez sensu, dla mnie domeną poważnego związku jest bliższa bądź dalsza perspektywa zawarcia małżeństwa. Bo o to przecież chodzi – o wybór i decyzję J.

9. Nie narzekaj, lecz doceniaj                 
Wiesz ile dziennie zdarza Ci się dobrego? A wiesz ile z tego pomijasz zbyt zaabsorbowany narzekaniem? Dobrym patentem na to jest prosty zwyczaj. Codziennie wieczorem przed pójściem spać pomyśl o minionym dniu, co dobrego się w nim przydarzyło. Chodzi o małe rzeczy, bo to z nich najczęściej składa się nasza codzienność; ktoś powiedział Ci miłe słowo, zjadłeś ulubioną potrawę, byłaś z koleżanką na zakupach, dostałeś dobrą ocenę, widziałeś piękny zachód słońca,  przechadzałaś się po kwiecistej łące, bawiłeś się z psem, miałeś wartościową rozmowę z kolegą/koleżanką itp. Itd. Zapisz te rzeczy na kartce, codziennie kilka. I wrzucaj zapisane karteczki do specjalnej folii,  słoika, czy teczki. Gdy będziesz mieć zły dzień i będziesz sądzić, że wszystko jest bez sensu – sięgnij do tych zapisków i przekonaj się, że w Twoim życiu zdarza się jednak na co dzień dużo dobrego. Nie narzekaj na pogodę, sąsiadów, rodzinę, znajomych, powolny komputer, zacięty telefon, przegrany mecz, złą ocenę, nauczycieli, stanie w kolejce… Zadaj sobie pytanie „po co?”; przecież to i tak nic nie zmieni, a tylko wyślesz w swoją stronę i w stronę innych negatywne emocje. Nie narzekaj, że pada deszcz- doceń przyjemne stukanie kropel o parapet, gdy leżysz wieczorem w ciepłym łóżku. Nie narzekaj, że dostałeś złą ocenę – niech Cię to zmotywuje do większego zaangażowania w naukę danego przedmiotu. Nie narzekaj, że stoisz w kolejce- wykorzystaj ten czas na zaplanowanie dalszej części dnia, napisanie smsa do kogoś (by później nie robić tego w towarzystwie), czy na modlitwę (wydaje nam się, że nie mamy na to  wystarczająco czasu, a ile czasu marnujemy stojąc w różnorakich kolejkach? No właśnie ;) ). Odkąd staram się wyelimować ze swojego życia narzekanie, a ze złych zdarzeń staram się wyłuskać dobre – jestem po prostu szczęśliwsza. Gdy zajęcia mam przełożone z popołudnia na rano – nie narzekam na wczesne wstawanie, ale doceniam, że po południu będę miała wolny czas. Gdy nagle zrobi się zimno – nie narzekam, ale doceniam ulgę po upałach. Gdy ktoś odwoła spotkanie – wymyślam plan B, tak by nie zmarnować uzyskanego czasu.  Oczywiście czasami się zapominam i narzekam, ale później zazwyczaj reflektuję się i stwierdzam – nie warto.

10. Rozmawiaj dużo z członkami Twojej rodziny, nie masz pojęcia ile ciekawych rzeczy możesz się dowiedzieć
Nie kończ na standardowej wymianie grzeczności, pytań  o szkołę, czy o przyziemne sprawy. Spytaj swoją babcię o to jak było na wojnie, jak poznała dziadka, jak w jej czasach wyglądały lekcje/studia, o wspomnienia z tzw „życia studenckiego”, o poszukiwanie pracy, o to jak radzili sobie ludzie „za komuny” (co jak co, ale wtedy trzeba było się nieźle namachać, wykazać kreatywność by zdobyć określone produkty, czy nawet wyjechać za granicę).  Ile nowego się dowiesz! Babcie nie żyją wiecznie, więc wykorzystaj na maxa spędzony z nią czas. Nie dość, że sprawisz jej przyjemność swoim zainteresowaniem, to jeszcze dowiesz się czegoś wartościowego.  To samo z naszymi dziadkami, ciotkami, wujkami, kuzynami, rodzeństwem, czy wreszcie rodzicami. Myślisz, że ich znasz i wiesz o nich wszystko? Mylisz się ;). No bo czy oni wiedzą wszystko o Tobie? No właśnie. Ja osobiście bardzo lubię rozmawiać ze starszymi członkami mojej rodziny, lubię dowiadywać się o tym jak żyło się ludziom w mojej miejscowości w czasie wojny, czy za komuny, lubię słuchać opowieści o pierwszych randkach mojej babci, czy o ich wyjazdach na kemping, ciekawi mnie co było wtedy w sklepach, jak wyglądała szkoła, co robiono w wolnym czasie itp. Itd. Ludzie się nie zmieniają, zmieniają się tylko gadżety, którymi się posługują. Opowieści z minionych czasów pokazują jednak, że można żyć inaczej i mieć czas na to, na co współcześni ludzie go nie znajdują.


To tyle na dziś,
Piszcie, co sądzicie na ten temat
Sensownie spędzonych wakacji Wam życzę
Paaaa!:)

poniedziałek, 2 lipca 2018

20 rzeczy, których nauczyłam się w życiu, part 1

Hej wszystkim!

uważaj sobie młoda damo

Niedawno były moje 20 już (!!!) urodziny, więc dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami pierwszą częścią 20 lekcji które dało mi życie. Ale zanim to... Dlaczego mnie tak długo nie było? Wszystko to spowodowane było moimi studiami i nadchodzącą sesją, uwierzcie mi - maj i czerwiec na studiach to jest masakra jeśli chodzi o naukę. Na szczęście - zdałam wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, tak więc moje wysiłki odniosły efekt. Oczywiście na studiach, tak jak i w szkole - liczy się całoroczna praca, więc to nie jest tak, że uczyłam się tylko przez te dwa końcowe miesiące, bo wtedy poszłoby mi zdecydowanie gorzej.
A tak - mam w perspektywie 3 - miesięczne wakacje i mogę się nimi cieszyć. Póki co pogoda nie dopisuje, ale staram się wynajdywać plusy np. mogę po prostu wyluzować i porobić rzeczy, na które już od dawna nie miałam czasu, jak choćby - poczytać lifestylowe gazety, pooglądać ciekaww na youtube, pograć w Simsy, czy w końcu - napisać notkę na tym blogu.
Ale już jutro jadę do Zakopanego, także na pewno nudzić się nie będę. Pogoda ma się poprawić, może się coś opalę podczas górskich wędrówek?;)

Ale dość już o tym, przejdźmy do meritum sprawy (punkty w losowej kolejności)


1. Nie oceniaj ludzi po wyglądzie lub po początkowym zachowaniu

Zdarzało mi się w ciągu tych 20 lat oceniać (często bezwiednie) ludzi po wyglądzie lub po tzw. "pierwszym wrażeniu"... I w większości przypadków, jak już lepiej poznałam daną osobę, to było takie "Wow! Myliłam się", myliłam się, bo ta osoba wcale nie jest taka cicha i skromna na jaką wygląda, a ta prymuska wcale nie jest taka sztywna. Tamta dziewczyna nie jest niemiła, ona po prostu się wstydzi poznawać nowe osoby. Ten  chłopak nie jest jakiś nieżyciowy, on jest po prostu pogubiony etc etc. 
Owszem po wyglądzie (zwłaszcza połączonym z danym zachowaniem) można wiele wywnioskować, choć i to bywa mylące - na przykład dziewczyna, która się nie maluje - może to być jej sposób na wyrażenie siebie, swoisty protest; może po prostu nie chce jej się malować; może nie dba o siebie, może ma niskie poczucie własnej wartości, a może wręcz przeciwnie - akceptuje siebie taką jaka jest, ma prawidłowe mniemanie o sobie i uważa, że jest piękna i bez makijażu. Nie oceniaj jej. 

Czasami z kolei, ktoś z początku wydał mi się niemiły, trzymający na dystans etc, ale to mogło wynikać również z tego, że to ja sprawiałam wrażenie osoby, która stwarza dystans. Innym razem ktoś wydał mi się osobą z wypisanym na twarzy "mam to gdzieś", a on po prostu bał się zabrać głos w dyskusji. Takich sytuacji można by mnożyć. Nie oceniaj.

2. Nie obgaduj. To obróci się przeciw Tobie szybciej niż się spodziewasz.

Z tym wiąże się tzw. "Story time", może kiedyś Wam opowiem, zmieniając dane osób i miejsc, tak by nikt się nie domyślił o co chodzi, bo... Miałam kiedyś taką sytuację, która wyleczyła mnie z obgadywania. Wiązało się to z tym, że wraz z grupą innych osób obgadywałam/byłam niemiła dla X, a za jakiś czas te osoby zaczęły mnie obgadywać / dogryzać mi. I kto mi pomógł w tej sytuacji, kto podał mi pomocną dłoń? Osoba X!!! Która to nie w pełni wiedziała o tej całej sytuacji, znała tylko "wierzchołek góry lodowej". Zatkało mnie. Zrobiło mi się potwornie głupio i nagle stałam się malutka jak ziarenko piasku. Powiedziałam osobie X o całej sytuacji, przeprosiłam za złośliwości z mojej strony, za to, że  coś mi odbiło i zachowywałam się jak idiotka. I pogodziłyśmy się. Ta sytuacja potwierdza również moją inną tezę - zło najlepiej zwyciężać dobrem. Pewne zło we mnie wykorzeniło, wypleniło się przez to dobro, które okazała mi ta osoba. Gdyby zrobiła aferę, obróciła się  - to pewnie to zdarzenie  nie zmieniłoby mnie aż w takim stopniu. 
Innym razem miałam taką sytuację --> wkurzała mnie pewna cecha osoby Y, cecha niezależna od niej. Nikomu o tym nie mówiłam. Raz tylko pośrednio się z tym zdradziłam, ale nie zostało to jakoś bardzo wychwycone. Tak, czy inaczej za jakiś czas, gdy widziałam się z osobą Y ona pochwaliła mnie... za tą samą cechę u mnie! I tym razem mnie zatkało. W życiu bym się nie spodziewała, że doceni to we mnie. Zawsze raczej wydawało mi się, że ludzie sądzą zdeczka inaczej. Może to przez swoją własną niską samoocenę denerwowało mnie "to" u innych? 
I wtedy zło zostało zwyciężone potężnym ładunkiem dobra rzuconym w moją stronę. Przy czym oczywiście znowu zrobiło mi się potwornie głupio. Takie doświadczenia są bardzo cenne!

3. Przebaczaj. Nawet, gdy ktoś Cię nie przeprosił. Ile razy Ty uraziłeś kogoś świadomie lub nie i nie przeprosiłeś?

Notka o wybaczaniu już była, więc nie chcę się powtarzać, napiszę tylko, że warto. Po prostu warto. Nawet, jeśli nie mamy już z tą osobą kontaktu. Nie musimy oczywiście jej tego pisać na facebook'u "wiesz wybaczam Ci to co zrobiłeś mi w 2010 roku" (ta osoba zapewne już tego nie pamięta), chodzi o proces wewnętrzny, a raczej efekt tego procesu jakim jest wybaczenie. Po prostu - wybaczam tej osobie to, co mi zrobiła, nie czuję już do niej żalu, mam komfort wewnętrzny, uciekają wszystkie złe emocje, pamiętam o tym, ale nie wzbudza to we mnie dreszczów złości, to doświadczenie staje mi się obojętne. O wiele lepiej się wówczas żyje.
Ja staram się na bieżąco wybaczać osobom, które mnie np. hejtowały w przeszłości; raz, że dzieci nie do końca są świadome tego co mówią, dwa, że tak jak już kiedyś pisałam - agresor bardziej nienawidzi siebie niż innych, a trzy - po co niszczyć sobie fajną przeszłość jakimiś męczącymi wspomnieniami. Zwłaszcza, że były to osoby, które słabo mnie znały - nawet jeśli widywały mnie codziennie, to niewiele o mnie wiedziały. Ich hejty, często spowodowane masowym myśleniem, niepodparte na prawdzie nie robią już na mnie większego wrażenia.
Co innego jeśli chodzi o rodzinę i najbliższych. Wiadomo, że im trudniej wybaczyć. Staram się jednak podejść do tego w ten sposób, że myślę o tym ile razy ja im zawiniłam - byłam niemiła, pyskowałam, ignorowałam - i oni mi wybaczyli. Często rodzina rani nas nieświadomie i vice versa. Nawet jeśli to bardzo zaniżyło poczucie naszej własnej wartości, to warto pomyśleć o tym, że nie mieli tego na celu, że zrobili w nas tą "wyrwę"nieświadomie. Więc jak najbardziej obdarzmy ich wybaczeniem, bo jak wiadomo - najczęściej - w najgorszych sytuacjach, to rodzina pierwsza przychodzi z pomocą. Znajomi przeminą, ale rodzina z nami jest ciągle, warto zatem oczyszczać relacje z naszymi bliskimi.

4. Radosny człowiek zjednuje sobie więcej ludzi

Po prostu! Gdy jesteś autentycznie radosny i uśmiechasz się - ludzie lubią z Tobą rozmawiać, przebywać, budować relacje. Świat wokoło jest już wystarczająco smutny. Za dużo jest smętnych ludzi, obrazów wokoło - czy to w realu, czy w internecie. Męczy nas to. Gdy widzimy iskierkę radości - lgniemy do niej. Radość się mnoży, gdy się ją dzieli - just do it! Świat staje się piękniejszy gdy widzimy pozytywy tego, co nas otacza, co nam się przydarza. Kiedyś, w okresie dojrzewania byłam często sad girl, a przynajmniej za taką siebie uważałam, dziwiłam się, gdy ktoś mi mówił "Ty jesteś taka uśmiechnięta", miałam ochotę mu powiedzieć "Że co? Ja? Ty chyba ślepy jesteś, to pozory". Słyszałam też również przeciwne opinie - "Powinnaś się częściej uśmiechać",wtedy myślałam "Uśmiecham się jak mam ochotę, nie męczcie mnie, nie będę sztuczna." Byłam smutna i pisałam depresyjne wiersze. To jednak już przeszłość. Teraz - ludzie mówią mi, że zarażam pozytywną energią - i widzę to, faktycznie tak jest. I bardzo się z tego cieszę. Jestem autentyczna, nie udaję szczęścia, a przy tym ludzie chcą ze mną przebywać, rozmawiać, poznawać mnie lepiej. A przy tym wszystkim jestem sobą. Niech to trwa. Oczywiście to wszystko, ta autentyczna radość,wiąże się z przemianą wewnętrzną, duchową, której to sobie i Wam życzę (bo przecież to proces trwający całe nasze życie). Warto do niej dążyć!

5.  Nie oglądaj się na innych. Gdy nie chcą współpracować - sam spełniaj swoje marzenia.


Ileż bym w życiu straciła, gdybym oglądała się na innych! W tym sensie, że np. chciałam gdzieś jechać, ale nie miałam z kim - jechałam sama i poznawałam ludzi na miejscu. Koncerty, obozy, rekolekcje... wiele razy miałam tak, że nie znałam nikogo, ale bardzo chciałam gdzieś być, coś przeżyć, doświadczyć czegoś nowego - zdobywałam się na odwagę i robiłam to. Świetnie się bawiłam, a przy okazji poznałam mnóstwo nowych osób. Nie rozumiem ludzi, którzy nie jadą/nie idą gdzieś, bo "koleżanka nie idzie", uważam, że takie osoby wiele w życiu tracą. Gdy chcę coś zrobić - robię to i nie uzależniam swojego "być lub nie być" od decyzji, kaprysów innej osoby. 
Wiele razy było też tak, że ludzie zawiedli i musiałam liczyć tylko na siebie - trudno, znajdowałam plan B, a przy okazji zdobywałam nowe doświadczenia i uczyłam się kreatywności, czy przede wszystkim zaradności. Nie rezygnuj z marzeń, tylko dla tego, że ktoś zawiódł!

____________________________

To już tyle na dziś. Nie spodziewałam się, że tyle mi zejdzie z tą notką, także podzielę ten wpis na kilka części. 
Zatem do następnego i piszcie w komentarzach, czego ważnego Was nauczyło życie.
Trzymajcie się
Paaaaa!:)








niedziela, 29 kwietnia 2018

It's NOT only a body


<szuszuszu znowu zrobię ten patent z tym, żeby pod linkiem na nie pojawił się żaden fragment z notki hihihi tajemnicza Olcia>

Hej wszystkim :)

Lato w pełni można by powiedzieć, choć mamy dopiero niecałą połowę kalendarzowej wiosny. Z jednej strony uwielbiam te ciepłe dni, a z drugiej... o wiele trudniej jest się wówczas zmotywować do nauki. Patrząc na to ile jej mam, to właściwie wolałabym, żeby było zimno i padał deszcz. I tak nie mogę się nacieszyć ciepłymi dniami, tylko muszę siedzieć w domu i przekonywać się do nauki, jak na razie masakra, czytam, czytam i nie wiem o czym. Mam nadzieję, że szybko mi to minie. Póki co staram się nie denerwować i poczekać na przypływ jakiegoś takiego spokoju i koncentracji.

Pomyślałam więc sobie - napiszę coś do Was, dla Was, bo już od jakiegoś czasu nie było wpisu na blogu.
Jak widzicie po tytule, temat moich dzisiejszych rozmyślań będzie w kontrze do częstego instagramowego/facebookowego zawołania niektórych dziewczyn: "Don't be afraid/ don't be shocked it's only a body" pod zdjęciami w których, w najlepszym wypadku, pozują w mocno wykrojonej bieliźnie.
I właśnie... czy "tylko", czy "aż" ciało?

Zwrot "It's only a body" kojarzy mi się z pewnym uprzedmiotowieniem - "to tylko samochód, nie panikuj, jak się porysuje, to zawsze można coś z tym zrobić", "to tylko waza, to nic, że się stłukła, kupisz sobie nową", "to tylko telefon, wymienisz szybkę i będzie ok."
Chociaż właściwie, co smutne,  niekiedy nawet o wymienione powyżej rzeczy dba się bardziej niż o własne ciało, chociaż można je naprawić, zregenerować, wymienić na nowe. Z ciałem już nie tak prosto.

Zwrot "It's only a body" pod "odważnymi" zdjęciami kojarzy mi się z pewnym przyzwoleniem. Przyzwoleniem na to by żądni wrażeń panowie z czterech świata stron (a czasem i panie) przypadkowi panowie, w różnym wieku, w różnej sytuacji życiowej, uczynili sobie na kilka minut ową kobietę, a właściwie jej "only body" obiektem westchnień (i nie chodzi tu o westchnienia stricte duchowe). Ci mniej wymagający uczynią je celem, Ci bardziej zaawansowani jedną z wielu pobudek owej "przygody".
To i tak tylko wierzchołek góry lodowej. Gorzej, gdy ci mężczyźni spotkają jedną z tych dziewczyn w realnym świecie. A ta kobieta, już mająca na sobie trochę więcej, nie zmieni jednak celu swoich dążeń i aspiracji. Nadal będzie starała się być niezobowiązująco kusząca, z pozoru "tylko dla siebie", z pozoru "lepiej się wtedy czuję". Jednakże mężczyzna ów myśli wąskotorowo. Patrzy i widzi, to, co widzi.

Później taka kobieta wypisuje pełne dramaturgii posty na rozmaitych grupach facebook"owych: "Faceci to świnie, nie potrafią szanować dziewczyn, chodzi im tylko o dupę i cycki!" lub bardziej nostalgiczne: "Znowu mi nie wyszło z kolejnym chłopakiem, jestem beznadziejna, w ogóle faceci są beznadziejni, myślą tylko o jednym, a później zostawiają."
I wieczorem tego samego dnia, coby poprawić sobie humor wrzuca na instagram zdjęcie w koronkowej bieliźnie z ponętnie rozchylonymi ustami, wyrazistym makijażu i mówiącym wszystko spojrzeniu. Koło się zamyka, a cały proces rozpoczyna się od początku.

To nie tylko ciało, to aż ciało. Bo w tym ciele egzystują sobie także inne aspekty bycia człowiekiem.  Jego osobowość, wiedza, zainteresowania, uczucia, lęki, wspomnienia, pasje, dramaty, szczęścia oraz duchowość, poglądy, wiara, sumienie. Aspekty, których nie da się zważyć, ani zmierzyć, a niekiedy nawet zidentyfikować. Możemy odnaleźć geny, które warunkują po części taki, a nie inny charakter, ale nie możemy odnaleźć fizycznie w człowieku czegoś takiego jak "kochanie kogoś" (nie mówię tu o związkach chemicznych, które powodują stan zakochania, lecz o miłości stricte duchowej, polegającej na wyborze).

Aspekty, które są daleko bardziej żądne poznania przez świat niźli tylko ładne ciało. Ciało masz dla siebie, ktoś może chwilę popatrzeć i stwierdzić "ładna dziewczyna, przyjemnie się na nią patrzy" i to tyle, co dalej? Pasje i zainteresowania masz dla siebie, ale również dla innych. Możesz sama czerpać z tego radość, ale możesz też pomóc komuś tym, co potrafisz. Możesz kogoś interesującą dyskusją na tematy, które wydają Ci się porywające, dołączyć się do jakiejś większej akcji swoim wkładem. Bo było tam wielu ludzi. Ale nikt nie potrafił tego co Ty, brakowało jednego elementu, kogoś kto... (wstaw odpowiednie np: potrafi się tak świetnie odnaleźć w byciu liderem, pisze genialne teksty, najlepiej pociesza, ogarnia szczegóły, ma świetną pamięć, dobrze sobie radzi w sytuacjach kryzysowych, z łatwością wygłasza przemowy, zawsze doda odwagi... itp itd).

Jesteś wrażliwą, empatyczną, inteligentną, oczytaną dziewczyną, która realizuje się w życiu, nie boi się podejmować wyzwań i inicjatyw, potrafi porozmawiać na wiele mądrych tematów... A najbardziej skupiasz się na pokazywaniu innym - na pokazywaniu światu Twojego ciała, możliwie jak najbardziej odsłoniętego. Przyćmiewasz całą resztę. Chcesz by skupiano się na Twoim idealnym makijażu, na wyeksponowanych poszczególnych częściach ciała. W tle lub gdzieś obok czasami pojawiają się jakieś elementy imprezowania. Może na co dzień Twoje życie jest inne. Może specjalnie pokazujesz tylko tę "idealną" część życia. Może to forma swoistej autoterapii (czy skuteczna?)
 Ale cholera, jaki świat byłby piękny, gdyby każda kobieta uwierzyła w swoją wewnętrzną wartość i skupiła się na tym, by dzielić się nią z innymi. By nie bała się pokazać - że pomimo modnego makijażu, który nosi co druga dziewczyna, ubrań na topie, pomimo trendu na pozy do zdjęć - pomimo tego wszystkiego czym upodabnia się do pewnego "ideału", jest inna, jest wyjątkowa, jest indywidualistką. Ma pewną niepowtarzalną kombinację cech. Interesuje się kulturą wschodnią, hipoterapią, astronomią, życiem zwierząt morskich lub też mechatroniką. W kogoś, coś wierzy, a w coś nie wierzy. Zdobywanie wiedzy jest dla niej czymś ważnym. Kocha swoją rodzinę i będzie odwiedzać ją częściej niż tylko na święta. Ma swoje poglądy i zasady. Czegoś nie zrobi (nie musi Ci się tłumaczyć dlaczego, ma prawo).
Jaki świat byłby piękny... Wierzę, że takich kobiet jest wiele i mam nadzieję, że będzie jak najwięcej.

Zapytasz się zapewne - zaraz, zaraz, dlaczego więc "aż ciało", z tego co tu piszesz, wychodzi na to, że są ważniejsze aspekty. - Ano są. Ale gdyby nie ciało, jak byśmy je wyrażali? Gdyby nie piękny i zadbany wygląd, nasze wysiłki nawiązania dialogu, relacji z innymi byłyby mniej efektywne. Smutno mi, gdy widzę zaniedbane kobiety w dresach, z nieumytymi włosami, smętnym spojrzeniem, poruszające się męskim krokiem. Mogą mieć wiele do dobrego zaoferowania, ale... nie chcą? Nie ma kobiet brzydkich, są tylko takie, które nie uwierzyły jeszcze w siłę kobiecości.
To aż ciało, nie dlatego, że jest celem wszystkich celów. To aż ciało, dlatego, że służy nam do czegoś więcej.
To aż ręce, które podajemy sobie na zgodę, które umożliwiają nam nieść innym pomoc, chociażby przeprowadzić staruszkę przez pasy lub pomóc wstać, gdy ktoś się przewrócił.
To aż nogi, dzięki którym możemy biegnąć w nocy do koleżanki, która chwilowo nie radzi sobie ze swoim życiem.
To aż głowa, w której roi się nam od pomysłów, inicjatyw, celów, dążeń, marzeń.
To aż serce, które utrzymuje nas przy życiu- reszta - miłość i te sprawy to już wymiar duchowy. Serce jednakże daje nam znać o pewnych sprawach - gdy się do czegoś zapalimy i ono zapala się z nami, gdy słyszymy wyznanie miłości, robi się nam na sercu ciepło. Dostosowuje się do naszego spokoju i do naszego strachu.
To aż twarz, dzięki której ukazujemy światu co w nas siedzi; naszą radość, smutek, gniew. To aż uśmiech, którym możemy poprawić komuś humor, pokrzepić, oswoić. To aż spojrzenie, które potrafi powiedzieć więcej niż tysiąc słów.

To aż ciało. Każdy chce by było ono piękne - to naturalne i dobre. Ale ciało to środek do czegoś, a nie cel wszystkiego. To środek do komunikacji, wykonywania pracy, myślenia, działania, czynienia dobra. Każda i każdy z nas chce być ładny i podziwiany. Podziw dla wyłącznie zewnętrznego piękna trwa krótko. Podziw dla piękna wewnętrznego, które właściwie powinno być synonimem dobra- trwa i trwa. Kiedy będą nas naprawdę podziwiać? Gdy o podziw nie zabiegamy, ale działamy; dajemy z siebie drugiemu człowiekowi - nasz czas, zainteresowanie, troskę, pomoc, radę, dyskusję. Gdy na celu mamy dobro, a nie podziw. Paradoksalne, ale tak jest.

Zrób więc to co możesz - upiększ się, daj sobie zrobić nową fryzurę, rób makijaż, załóż piękną sukienkę, zrób sobie profesjonalny manicure i nade wszystko włóż na siebie uśmiech. Idź w świat. I nie skupiaj się na tym, co inni myślą o Twoim wyglądzie, nie staraj się podobać każdemu, lecz skup się na relacjach z drugim człowiekiem. Przyjemnie będzie się na Ciebie patrzyło, ale zdobędziesz sympatię za swoją osobowość, indywidualizm, empatię i otwarcie na drugiego człowieka. Z czasem przestaniesz się przejmować, czy aby na pewno ta osoba z którą rozmawiałaś wyraziła wewnętrzne "ochy i achy" na Twój widok (zapewne nie, bo ludzie to zasadniczo egoiści i przez większość dnia myślą o sobie, więc może nawet ta druga osoba myślała w tym czasie czy to ona dobrze wygląda), a zaczniesz interesować się, czy ta rozmowa wniosła coś istotnego do życia Twojego lub tej osoby.
___________________________

To już tyle na dziś,
piszcie co Wy sądzicie na ten temat
It's only a body or it's not only a body?

Trzymajcie się
i trzymajcie kciuki za mnie bym znalazła tę motywację do nauki
Paaaaa! :)