niedziela, 26 lutego 2017

Dziś jest dziś, a jutra nie znasz.

Hej wszystkim :).

Wracam po przerwie do blogowania. Czemu nie pisałam przez ten czas? Hmm, na myśl nasuwa się brak czasu, ale nie do końca. Ostatni miesiąc był dla mnie czasem porządkowania sobie pewnych spraw w życiu, wyznaczania priorytetów etc. Panował w nim całkiem spory zamęt, przez co nie mogłam jakoś zdobyć się na napisanie notki na blogu.
W sumie nadal trudno mi się jest ogarnąć. Co chwile coś "muszę" zrobić, to taki sprawdzian, to inny, to coś przygotować... i wydaje mi się, że nie dam rady tego wszystkiego ogarnąć i wykonać jak należy. A póki co za każdym razem zdarza mi się swego rodzaju fart i póki co nie zaprzepaściłam jeszcze niczego ważnego. Mam nadzieję, że będzie tak nadal, że to swoiste szczęście będzie mi sprzyjało. Bo przyda się ono w najbliższych dniach, oj przyda.

Co istotnego wydarzyło się w moim życiu przez ten czas niepisania? Cóż, z pewnością Studniówka była takim wydarzeniem. Ten "jedyny w życiu bal" hm... bardzo miło wspominam. Pozytywnie mnie zaskoczyło. Wszystko. Nie spodziewałam się, że będzie tak świetnie :D. Co jeszcze... trudny styczeń i jeszcze trudniejszy luty. Ogarnianie i nieogarnianie. I w końcu upragnione ferie. I koncert Luxtorpedy w Częstochowie <3 . Oj długą przerwę miałam od koncertów, więc tym bardziej mnie cieszyło to wszystko. Wyszalałam się i wyżyłam i tak miało być :D .
Albo rekolekcje oazowe w Starym Sączu, również zapamiętam, obfity czas z wspaniałymi osobami, czego chcieć więcej. Spotkałam Tego kogo miałam spotkać. Tak więc całość in plus.
Koniec ferii. Chwilę po nich Walentynki. W końcu spędziłam je tak, jak powinno się je spędzać hihi.

No i tak dotarłam do dzisiaj, jestem sobie. Stoję w pewnym miejscu. Co będzie jutro? Nie wiem. Tzn. mam jakieś tam plany, ale mimo to ta niewiedza daje mi wolność. Staram się wyrobić w sobie taką postawę; przejmowania się tym co mogę zrobić dzisiaj i niemartwienia się o kolejne dni. Bo co to da, że np. będę się martwić sprawdzianem, który jest za 4 dni, jak to mi nie pomoże, a wręcz zaszkodzi, mogę się co najwyżej przygotować, na tyle, na ile dam radę. Albo czymś trudnym, co muszę jutro wykonać, dajmy na to trudną rozmową z kimś. Albo tym, że nie zdążę czegoś zrobić. Będę się tym przejmować wtedy, gdy to już stanie się teraźniejszością. To będzie wyłączny czas na zamartwianie się. Jeśli ta trudna sprawa ma zająć godzinę to zajmie. Ale nigdy cały tydzień przed. Po co marnować cenny czas i psuć sobie zdrowie. Zazwyczaj wszystko i tak wychodzi nie tak jak myśleliśmy, często lepiej. Stresujemy się czymś, a finalnie okazuje się, że to było prostsze niż myśleliśmy. Nie przewidzisz reakcji człowieka, nawet jak już go jakiś czas znasz. Może zawsze zareagować w sposób odmienny niż zwykle. Nie bój się przedstawić swojej sprawy "wrednej" nauczycielce; może okazać się, że w bezpośrednim starciu nie jest tak "okropna" jak przy całej, często różnie zachowującej się klasie. Nie bój się wchodzić w nowe towarzystwo, od każdego człowieka można dowiedzieć się czegoś wartościowego, trzymanie się cały czas z jednymi i tymi samymi ludźmi zamyka nas na nowe światopoglądy, style bycia.
Nie wierzę zbytnio w teorię "jak myślisz negatywnie o przyszłości, to będzie ona negatywna". Nie wierzę w prawo przyciągania. Dlaczego? Bo wielokrotnie miałam właśnie taką sytuację, że myślałam "O nie, co ja zrobię, jak ja dam radę, na pewno będzie fatalnie." A okazywało się być bardzo dobrze, o wiele lepiej niż myślałam. Tak więc nie "przyciągnęłam sobie" złej przyszłości, wręcz przeciwnie.
Co nam daje jednak myślenie pozytywne o naszej przyszłości? Przede wszystkim dobre samopoczucie, motywację do działania, wolność i fakt, że cieszył mnie będzie każdy kolejny dzień. No i ta doza niepewności, ekscytująca doza niepewności. Nie wiem co będzie, ale idę w to. To daleko bardziej ekscytujące niżeli wówczas, gdy wszystko mamy zaplanowane, wszystko wiemy, co do godziny. Tak zwany spontan, często bywa synonimem najpiękniejszych chwil w naszym życiu.
Nie bądźmy niewolnikami planów. Ale też nie zapominajmy o tym, żeby o tej nieznanej przyszłości myśleć w sposób pozytywny. I działać, działać, działać. Fart najczęściej czerpie z tego, co zrobimy. Przykład? Nauczyłeś się na tyle, na ile potrafiłeś na sprawdzian, poświęciłeś temu dużo czasu. Jednak w dzień sprawdzianu okazuje się, że jednak nie wszystko pamiętasz. Trudno, idziesz w to. I okazuje się, że ów sprawdzian został przełożony na kolejny tydzień  - zdążysz się douczyć, albo też jeśli już będzie,to pojawią się pytania, na które znasz odpowiedź lub też przypomnisz sobie to, co zapomniałeś; nie było pustego, więc coś się wylało. O takie sytuacje mi chodzi, wiadomo, że jeśli sami z siebie nie damy nic, to szczęśliwa przyszłość staje się mniej dostępna. Tak samo i w innych sytuacjach np. jeśli znajdujemy się w obcym towarzystwie np. na kolonii, to gdy będziemy smutni i zamknięci w sobie, to z pewnością tak szybko nie nawiążemy znajomości. Kluczowym jest właśnie to, by dać coś z siebie. Nawet jeśli spotka nas jakaś niemiła niespodzianka, będziemy martwili się nią tylko tyle, ile to konieczne, a nie już tydzień przed.

Moja myśl dnia na dziś - nie martwić się na zapas, tylko starać się zrobić dziś, tyle ile mogę, tak bym miała czyste sumienie, bym wiedziała, że zrobiłam co tylko było w mojej mocy. A po tym... patrzeć z nadzieją w przyszłość i nie kreować sobie zawczasu czarnych scenariuszy. Szkoda czasu i energii na tego typu "wizje".
Zrobiłam co mogłam i teraz jestem wolna, co ma być to będzie - this is it :).

Pozdrawiam Was serdecznie
i miłego tygodnia życzę
Paaaaa! :)



piątek, 6 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016 - ulubione wydarzenia :).

Heeeej!:)

Z racji tego, że rok temu takowy post cieszył się dużą popularnością <wyświetlenia> i znalazł liczny odzew w postaci Waszych komentarzy, postanowiłam i w tym roku taki umieścić. Podsumowanie roku 2016 :). Tym razem nie będę już mówić co się działo w poszczególnych miesiącach, bo szczerze powiedziawszy nie pamiętam tak szczegółowo jak ostatnio <wiek, skleroza, te sprawy>, tylko napiszę o kilku najbardziej znaczących moim zdaniem wydarzeń tego roku w moim życiu.
To zaczynamy :).

1. Nauczyłam się prowadzić samochód

To, co zawsze wydawało mi się tak abstrakcyjne i trudne do wyobrażenia stało się prawdą. Nauczyłam się prowadzić samochód i to wcale nie okazało się tak trudne, jak się wydawało. Z czasem stało się naturalne. I poczułam się taka dorosła haha ;).

2. Stałam się pełnoletnia!:)

Tak, to ten rok 2016 był rokiem mojej osiemnastki. Mówili mi, że nic się nie zmieni... W sumie... do tego czasu jeszcze dowód mi się "nie przydał" ;)), ale tak poza tym, to coś się jednak zmieniło. Teraz sama o sobie decyduję, do wyjazdów nie potrzebuję już zgody rodzica, sama załatwiam swoje sprawy. Tak jak w każdym roku i w tym stałam się bardziej dojrzała niż byłam, ale to kwestia nie osiemnastki, ale po prostu wydarzeń, które mnie zmieniły w pewnych aspektach. Poczułabym tą osiemnastkę, gdyby w 2016 roku były wybory, ale niestety nie było ehh :D.

3. Byłam po raz pierwszy na koncercie Jednego Serca Jednego Ducha i po raz drugi na Lednicy.

O tak, bardzo miło wspominam te wydarzenia związane z okazywaniem radości z mojej wiary wśród ludzi, którzy również robią to samo :). Koncert JSJD odbywa się co roku w okolicy maja/czerwca (w Boże Ciało) w Rzeszowie w Parku Sybiraków. Rok temu kolidował on z Lednicą, ale w tym roku na szczęście mogłam pojechać na oba :). Na koncercie tym można posłuchać zespołów/solistów/raperów, którzy wykonują muzykę chrześcijańską i to wcale nie jest nudne, bo piosenki są żwawe i ŻYWE :)). W tym roku bawiło się na nim około 20tysięcy osób.
O Lednicy natomiast już Wam pisałam w zeszłym roku, ale powiem Wam znowu, że to coś wspaniałego. W tym roku padł chyba absolutny rekord, ponieważ rok temu było 60 tysięcy osób, a w tym roku już 80 tysięcy młodzieży, nieco starszych, sióstr zakonnych i księży na jednych Polach Lednickich. To był piękny, Boży dzień, pełen śpiewu, radości, tańców, świadectw, przemówień, po prostu Bożego Miłosierdzia, nawet mocna burza około 14stej (tuż po wystąpieniu o.Szustaka- przypadek?!) nie zepsuła nam szyków. Wszystko było mokre, ale to co <plecak z elektronicznymi urządzeniami ocalał uff>. O właśnie, pierwszy raz widziałam na żywo o.Szustaka, bardzo chciałam go zobaczyć i posłuchać. Przemówienie było wtóre <słuchałam go już parę msc temu w internecie> jednakże i tak miło było tego samego słuchać po raz drugi :).
Dodam jeszcze, że w porównaniu z rokiem poprzednim mieliśmy świetne miejscówki! <Opłacało się wyruszyć spod hostelu po 5...> A mianowicie pierwszy rząd w samiutkim przodzie koło barierek. Weszliśmy jako bodajże 2 grupa z wszystkich.... 80 tysięcy osób, więc naprawdę się nam udało:). Byliśmy oczywiście pokazywani w telewizji hehe, to bylo takie fajne, jak ciocia mi mówi, że mnie we Wiadomościach widziała xD.
Podczas całego wyjazdu na Lednicę miałam też okazję zwiedzić po raz pierwszy w życiu Poznań i Licheń, co bardzo miło wspominam :).




4. Tydzień w Angli!!

Oo tak, to jedno z ulubionych wydarzeń tego roku :). Po 5 latach mojej nieobecności w tym kraju miałam w końcu okazję do niego powrócić. Wyjazd wspominam świetnie z wielu powodów, m.in dlatego, że mogłam dużo czasu spędzić z moim tatą, oraz dlatego, że w końcu pozwiedzałam Londyn <wcześniej bywałam w innych miastach, a w Londynie przejazdem jak coś>. To takie piękne miasto, mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się tam zawitać :).  Nie będę się rozpisywać, ponieważ pojawił się już obszerny post o moim pobycie w Anglii. Jak widać po zdjęciu i moim ekwipunku pogoda iście Londyńska ;).



5. Oaza Letnia w Przemyślu!:)

Taak, to wydarzenie, ten wyjazd też kocham. Taki szalony pomysł, na spontanie... Hmm, a może by w tym roku pojechać na oazę letnią z inną diecezją? Tak też zrobiłam :). Nie znałam tam zupełnie nikogo, wszyscy byli dla mnie nowi. Jednakże to sprawiło, że otworzyłam się na innych, stałam się bardziej towarzyska i odważna. Ten 15 dniowy pobyt tam zmienił mnie bardzo bardzo, może nie o 180 stopni, ale o 179 ;). Robiłam rzeczy, o które w życiu bym się nie podejrzewała, że odważę się je zrobić. Nie bałam się zagadywać do innych, brałam inicjatywę, zgłaszałam się <z własnej woli ;o> do różnych funkcji typu np. prowadzenie czegoś <wieczorku, modlitwy itepe.>, co wcześniej było dla mnie nie do pomyślenia.
Na tej oazie zobaczyłam też taką po prostu... normalność, ludzi, którzy się szczerze kochają i nie ma w tym podstępu. Zrozumiałam wiele jeśli chodzi o moją wiarę. Ta oaza była wyjątkowa też dlatego, że 3ONŻ było łączone z Oazą Rodzin. Co to oznacza? Ano to, że byliśmy w ośrodku i mieliśmy większość wspólnych punktów, my -18 latkowie z rodzinami z dziećmi lub małżeństwami, którzy nie przywieźli swych pociech. Były pokolenia naszych rodziców i dziadków. Najmłodsza uczestniczka miała 4 miesiące, a najstarszy chyba z 70 lat. To było coś :). Ta więź między wszystkimi uczestnikami, w końcu zrozumiałam i zobaczyłam i poczułam czym jest prawdziwa wspólnota.
Nie wspominając już o walorach Przemyśla, który jest po prostu przepiękny i trafia do mojego TOP 5 ulubionych miast. Polecam :). Mieliśmy też okazję wziąć udział w koncercie z Franciszkańskiego Spotkania Młodych 20 km od Przemyśla i z niego zdjęcie zamieszczam, bo nie wiedziałam, które wybrać :).
A i jeszcze z przemyskich lochów, bo były fajne :D.



6. Światowe Dni Młodzieży!:)

To moje ulubione wydarzenie tego roku. Było wprost prze wspaniale, tyle wrażeń, wow, wow, zarówno Dni w Diecezjach, w których osobiście mogłam poznać pielgrzymów z Niemiec, Iraku i Urugwaju, porozmawiać z nimi, popatrzyć jak żyją jacy są, tak też i właściwe Dni w Krakowie - coś wspaniałego.  Setki tysiące, a później miliony ludzi, katolików z całego świata, to takie piękne:). Dużo wyzwań, pokonanych trudności, osiągniętych celów, mądrych słów. Widziałam papieża i to całkiem z bliska, co również było wielkim przeżyciem. Nie będę tego również opisywać szczegółowo, ponieważ był już wpis cały o ŚDM-ie. Zdradzę Wam tylko w tajemnicy, że to tam, właśnie tam na Światowych Dniach Młodzieży zakochałam się ;). I co najlepsze- z wzajemnością. To piękny czas i miejsce na początek związku nie uważacie?:) Zwłaszcza jeśli trwa on nadal <3.







7. Byłam w Chorwacji:)).

I było tam tak pięknie!:) To naprawdę udany "urlop" hehe ;). Uwielbiam jeździć na kolonie, raz dlatego, że mogę być w świetnych miejscach, a dwa, że mogę poznać wielu nowych ludzi. W tym roku jak w tamtym jadąc na kolonię nikogo nie znałam. Ale to jest dobre, bo niejako zmusza do tego by się otworzyć na ludzi. Jadąc ze swoją grupką często zamykamy się na innych, a tak, to my pierwsi zagadujemy:).
Wyjazd na absolutny plus, wróciłam zadowolona i opalona :).





8. Mam chłopaka :)).

Dokładnie od 24 lipca 2016r <tak, na fb jest 24.08 i to nie pomyłka> :). To było dla mnie mega niespodziewane, zwłaszcza, że to mój pierwszy związek. I jeszcze zaczął się na ŚDM hmm:). Lepiej bym sobie tego nie wymarzyła ;). Odkąd mam mojego Kubę jestem na pewno szczęśliwsza i odważniejsza niż byłam. To wspaniały chłopak, dobry i mądry. Jest on naprawdę wielkim darem dla mnie i jestem za niego bardzo wdzięczna Panu Bogu:))
To na pewno bardzo przełomowe wydarzenie w moim życiu jeśli chodzi o 2016 rok. Życie lubi pozytywnie zaskakiwać <3.
I pewnie bylibyście zawiedzeni, gdybym nie pokazała Wam naszego zdjęcia, więc proszę: <to chyba najnowsze, bo z Sylwestra>
_____________________________________________

To by było na tyle jeśli chodzi o moje ulubione wydarzenia z 2016 roku. Było ich oczywiście o wiele więcej, dużo miłych drobnostek, aczkolwiek nie chciałam przeciągać tego wpisu.
Mam nadzieję, że post Wam się podobał :).
Piszcie w komentarzach wydarzenie z Waszego życia, które było Waszym ulubionym w tym roku :).
 3majcie się
Paaaaa!:D


ps; numerek, to kolejność wydarzeń chronologiczna <mniej więcej ;)>


sobota, 31 grudnia 2016

Nowy rok za chwilę...:)

Hej:)

Przychodzę do Was z postem w ostatni dzień tego roku. 2016 roku... najlepszego roku :). Wiem, wiem to samo mówiłam rok temu o 2015, ale ten był naprawdę jeszcze lepszy. Tyle przeżyłam, tyle się nauczyłam, zrozumiałam pewne sprawy bardziej, dojrzałam, rozwinęłam się. Jak w każdym roku... ale mimo wszystko ten zostanie w mojej pamięci na dłuuugo:).
Najlepszym wydarzeniem były ŚDM zdecydowanie, aczkolwiek całe wakacje mogę uznać za epickie, cały czas gdzieś byłam, w moim mieście zaledwie kilka dni, ale to już wiecie, bo pisałam dużo postów na wakacjach o tym co robiłam i gdzie byłam:).
Ten rok zaczął się świetnie to i taki pozostał w większości, wiadomo były złe chwile, ale staram się o nich nie myśleć.

Postanowienia na 2017 rok? Wczoraj albo przed wczoraj na jednej z grup na facebooku było takie pytanie. Z początku napisałam tylko być dobrym człowiekiem, ale jakoś samo z siebie się rozwinęło, oto co napisałam:
Być lepszym człowiekiem - po prostu, wtedy wszystko jest piękniejsze, bo i relacje z innymi niespodziewanie się polepszają. Wiąże się to oczywiście z braniem odpowiedzialności na siebie, a nie szukaniem jej u innych. Czasem warto przystopować z zaciekłością, zawziętością i się samo układa:). Szukać rozwiązań, które są nie są przykre dla żadnej strony... w sumie to się wszystko łączy. Po prostu być lepszym człowiekiem, bardziej zintegrowanym z samym sobą, kompletnym, nie dającym się wyprowadzić z równowagi, znający swoją wartość, przez to mający zdrowe relacje z innymi . Do tego dążę :).

I to są właściwie moje postanowienia na nadchodzący rok, takie główne. Post na tej grupie zainspirował mnie do napisania tego. 
Chciałabym jakoś zakończyć ten rok również na blogu. Wiem, że od września pisałam średnio jeden post na miesiąc, ale to przez to, że pojawiło się w tym roku szkolnym dużo innych obowiązków, które wprost wymagały, by o nich myśleć, co niekorzystnie wpłynęło na moją wenę. 
Ale, ale, może w 2017 roku z tą weną będzie lepiej:).

Często słyszę od różnych osób, że czytają mojego bloga i, że podobają im się moje wpisy. To daje mi do zrozumienia, iż mam dla kogo pisać te posty i daje mi motywację :).

Życzę Wam sensownie przeżytego 2017 roku, żebyście osiągnęli to, do czego dążycie i nie zapominali, że szczęście to wybór :).
I szalonego Sylwestra!
3majcie się
Paaaaa! :)




wtorek, 13 grudnia 2016

Jak zaradzić, skoro funkcjonujesz w tym ... schemacie? Wyjść?

Cześć, cześć,

I znów wracam, skądś, do miejsca pierwotnego, wracam do tej strony siebie, bardziej refleksyjnej, prawdziwej <daj Boże!>, opanowuje "muszenie" , zostawiam to co "muszę" na jutro, zastanawiam się jaki to ma sens, bym nie miała czasu robić czegoś co chcę, a miała czas robić coś co muszę.
W efekcie marnuję, go, bo boję się go zmarnować robiąc coś, co mi w duszy gra. Paradoks? Raczej smutna proza życia i bardzo nieidealne systemy, schematy, pomysły "uczonych ludzi na swoim bardzo mądrym miejscu". Teraz? Nie robię już nawet tego co muszę. W części przypadków, gdybym nie musiała byłoby to ciekawe i zapewne więcej z tego przyswoiłabym sobie, ot tak dla rozwoju, nie po nic. Nie z powodu pewnego ważnego wydarzenia, dla którego powstała nauka dla samej nauki, tępego wkuwania schematów, co jednocześnie stępia wrażliwość, pasje, prawdziwe pragnienie mądrości dla lepszego życia. Nie dajcie się porwać. Ja już, co z przykrością stwierdzam trochę w to weszłam i wciąż odczuwam przykre tego konsekwencje.
Priorytety, priorytety...
Co to są priorytety, gdy życie przecieka przez palce.
Zbuntować się? Trzeba się najpierw na nowo nauczyć, przypomnieć sobie dawne funkcjonowanie, nie wolne od, lecz z mniejszą ilością... schematów oczywiście.
Powtarzam się, tak, no ale cholera... masz to wiedzieć, by na pewnym ważnym wydarzeniu zwieńczającym jakże piękne lata nauki umieć schemat przełożyć na papier, a nie po to, by być światłym człowiekiem, wiedzieć skąd co pochodzi, dlaczego mamy teraz w kraju taką sytuacje a nie inną, może pomóc komuś, czuć się pewnie w towarzystwie, mieć zdanie na określony temat w dyskusji!!
Czy naprawdę nikt tego nie zauważa? Na pewno ktoś... ale czy chociażby większość? Mam nadzieję! Mówię tu głównie o licealistach/osobach chodzących do szkół średnich... to nas dotyczy ten bezsens. Starsi/młodsi mają swoje paradoksy i bezsensy - nie tęsknie, nie czekam (do nich).
Myślenie... myślenie, głębokie myślenie i patrzenie. Tylko to może być profilaktyką?... lekarstwem?, ba , teraz to już raczej antidotum, odtrutką.

Miesiąc po miesiącu... treści nie są złe, z pewnością byłyby daleko ubogacające, gdyby... to przekaz, zamysł i droga do celu jest delikatnie mówiąc pomylona.
Edukacja państwowa...byle zrobić, na pamięć, byle nie pominąć, byle mieć czyste sumienie, bylebylebylejak.
Schematami zdusić, zabić, zniszczyć chęci robienia czegokolwiek dla siebie. Teraz masz czuć to, a teraz tamto, nie ten poeta nie miał tego na myśli, tutaj mamy wątek narodowy, tam wyzwoleńczy, a tam... narodowo-wyzwoleńczy? Filozoficzny. Trójdzielna kompozycja trójwymiarowo pokazuje jak przez trzy minuty masz myśleć. Trzy... później farsa toczy się dalej.
Ale pamiętaj, że to, chociaż tego nie rozumiesz i w realnym życiu nie wiedziałbyś, czy to się je z szynką czy raczej z  parmezanem, ale pamiętaj, że to ci się przyda w owym ważnym wydarzeniu!!
Talenta w improwizacji? Nieodkryte, bo w schematach nie improwizujemy. Proza do czytania, poezja do czytania, piszemy rozprawki, analizujemy poezyję według klucza.
Zrywy duszy, rzadkie już (nie dziwota), ale jednak... a gdzie tam, w kluczu inaczej napisano, interpretuj sobie książkę telefoniczną, albo przepis na pulpety. Poeta chciał nauczyć, wyedukować szanowny naród i wcale nie pisał tego pod wpływem herbatki z liści koki, albo chociażby kilku głębszych dla przykrycia smutków, dla wyrzucenia z siebie tego całego... dla artyzmu.

życie...
śmierć. kropka.
to wyraz i to wyraz i to wyraz
różnica? jest jakaś istotnie
istotna? nie sądzę
dwie lilie pod ławką
siatka na motyle
od ciebie zależy
czy zerwiesz
czy złapiesz

Odrywam się. Odrywam się choć na chwilę od schematu funkcjonowania (takie słowo przewodnie tego wpisu). Trochę już późno, ale robię co chcę. Nie przeczekuję chwil na powierzchownym zajęciu. Mam nadzieję. Ciągnie mnie by w końcu przeczytać jakąś książkę. Broń Boże lekturę. Kiedyś dla siebie, literatura polska - piękna literatura, owszem, ale nie teraz, nie chcę by mi mówili jak mam myśleć. Chcę książki wciągającej, prawdziwej, dającej do myślenia, podejmującej wątki ważne, ale bez tego całego filozoficznego cotojaniejestem przynudzania narratora. Może być romans, lubię romanse. Czas odwiedzić księgarnię... i wygrać z poczuciem "nie mam na to czasu".

I od razu mi lepiej, gdy uporządkowałam myśli. Gdy zbiera się za dużo "muszenia" trzeba to na chwilę zostawić, odetchnąć, wyciszyć się. A wszystko się ładnie poukłada i z korzyścią( co lepsze!!). Zawsze tak jest.
Poukładania
spełnienia
myślenia
kwitnącego czasu

tego sobie i Wam życzę! :)
Trzymajcie się ciepło w te grudniowe wieczory!




Znalezione obrazy dla zapytania hello december we heart it

wtorek, 15 listopada 2016

Jak po co dlaczego?

Heeej wszystkim! :)


Witam po chyba najdłuższej przerwie w dodawaniu postów jaka miała miejsce na tym blogu. Stęskniłam się za tym. Dlaczego nie pisałam? Standardowo- brak czasu, brak weny. U mnie... cóż klasa maturalna... nawet nie zauważyłam kiedy spadły liście, a kiedy były kolorowe. To niedobrze, trzeba zmienić podejście, a dokładnie to zatrzymać się. Właśnie z tym zatrzymaniem ostatnio mam problem, cały czas gdzieś biegnę, do jakiegoś nieskonkretyzowanego celu, robiąc po drodze to co akurat wymaga zrobienia. Albo nic nie robię, co bynajmniej nie daje wytchnienia, wręcz przeciwnie, sprawia, że całość tej gonitwy jest jeszcze bardziej intensywna, skondensowana. Gdzie czas oddechu? Właśnie go sobie funduję pisząc ten post.

Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad takim zjawiskiem jak niepowodzenia w pracy nad sobą. Czy to duchowym, czy wizerunkowym. I znalazłam pewne powiązania między tym, a tym. Błędem jest oczekiwanie od razu wielkich efektów - radykalne schudnięcie,czy przytycie - w sferze wizerunku; natychmiastowa poprawa bycie wybitnie miłym, cierpliwym, pracowitym - w sferze naszego zachowania. Takie efekty, jeśli już w ogóle uda nam się je osiągnąć będą krótkotrwałe - w pierwszym przypadku tzw. efekt jojo, a w drugim udawanie, które szybko się wypali, no bo... ileż można być miłym na siłę? Nie za długo.  Tak więc radykalne zmiany z góry skazane są na niepowodzenie; bądź przez szybkie zaniechanie, zrażenie się, uważanie się to zbyt trudne i się nie podoła; bądź też szybki efekt, który równie szybko zaniknie lub co gorsza doprowadzi nas do stanu gorszego niż pierwotnie.

Bardziej sukcesywnym byłoby... Najpierw trzeba zadać sobie pytanie co tak naprawdę możemy zrobić. Skoro nie możemy być ładni... to możemy być przynajmniej zadbani, skoro nie możemy być pracowici, to zrobimy choć jedną rzecz więcej niż zwykle. Sztuką jest więc nie tyle radykalne zmiany, co dbanie o siebie. Czy to zewnętrznie, czy wewnętrznie - po prostu. Nie możemy być idealni, ale bądźmy choć trochę ładniejsi/lepsi w taki sposób w jaki to możliwe. Jeśli chodzi o wygląd - podkreślaj za pomocą makijażu/stroju/odpowiednio dobranej fryzury swoje atuty, staraj się wyglądać jak najlepiej. Jeśli chodzi o charakter, cechy, to odpowiednio - nie musisz być od razu miły dla wszystkich, bądź prawdziwy, ale równocześnie staraj powiedzieć komuś <szczerze> coś miłego, jeśli zobaczysz u danej osoby coś co warte jest pochwały, nie kryj się z tym.  Nie musisz być od razu nie wiadomo jak otwarty i duszą towarzystwa; spróbuj jednak zamienić kilka słów  z osobą z którą rzadko rozmawiasz. I w końcu nie musisz być idealny, zrób jednak coś, co jest ponad przeciętna linią twojej codzienności, na przykład; kup mamie kwiaty, ot tak bez okazji, daj przyjaciółce wasze wspólne zdjęcie, pomóż komuś kto sobie nie radzi, zrób coś co lubisz robić najbardziej, uśmiechnij się do smutnego przechodnia, nie narzekaj w duchu gdy będziesz długo stał w kolejce, nie narzekaj na to czego zmienić nie możesz np. pogodę, lekcje, złośliwość rzeczy martwych. I nie wszystko na raz. Po jednym celu każdego dnia. I pamiętaj, że dbając o innych równocześnie dbasz o siebie.
Bo to dzięki współdziałaniu z innymi możemy się naprawdę zmieniać.
Ważnym jest by dbać o siebie i tym samym zmieniać to co da się zmienić, a zaakceptować to czego zmienić się nie da.

Co jednak z aspektami, których zmiana jest niemożliwa? Zachować zdrowy dystans- twarzy nie zmienisz. A co do pewnych stałych, ukształtowanych już cech charakteru... Na przykład - porywczość - często utrudnia życie, jednak może się i "przydać" jeśli idzie o bronienie swej racji w ważnej sprawie, porywcza osoba nie będzie siedzieć cicho, gdy idzie zawalczyć o prawdę.
Lub też dwulicowość- tak, to też można "przemienić" w coś pozytywnego, wyzbywając się jej uprzednio jako takiej. Kiedy? Głównie w sprawach rozmaitych życiowych ról. Niekiedy pełnimy kilka funkcji naraz, dajmy na to - pewien mężczyzna prowadzi firmę, w której pracownikiem jest jego żona. W domu i wszędzie indziej wiadomo - traktuje ją jak swoją ukochaną, patrzy w ten szczególny sposób. Jednak w pracy np. na zebraniu firmy musi odnosić się do niej jak do pracownika i patrzeć obojętnie (przynajmniej tak być powinno). Lub też nauczycielka, która ma w klasie swoją córkę - w szkole traktuje ją jak każdego innego ucznia. Powiecie - wiadomo, oczywistość. Jednakże, gdy człowiek znajdzie się w takiej sytuacji, to niekiedy trudno "przeskoczyć" z jednej roli na drugą. I takiej osobie, która w przeszłości była dwulicowa, będzie łatwiej.  Kiedyś musiała udawać, że kogoś lubi, wprawiła się w tym; w patrzeniu przyjaźnie, gdy w środku chciała drugiej osobie coś zrobić. Teraz wyzbyła się już tej cechy, jednakże ta "umiejętność" modyfikowania swojego stosunku do kogoś w zależności od okoliczności została.
Lub też nieśmiałość - osoba nieśmiała skupia się bardziej na tym co ktoś mówi, częściej zauważa kto w jakim jest nastroju, jest bardziej nastawiona na wnętrze. Nie mówi, ale słucha. I to również może przemienić się w pozytywną cechę - wyrozumiałość, empatia itd.

Tak więc nie zmieniaj na siłę lecz stopniowo, dbaj o siebie, akceptuj niedoskonałości i myśl jakby tu złe cechy "przemienić" na dobre. (Taki trochę relatywizm, bo idąc za tym trudno właściwie określić czy dana cecha jest dobra czy zła jak np. wspomniana już wcześniej porywczość, wszystko zależy jak to wykorzystamy i w jakich okolicznościach).

Nie możemy być idealni, ale możemy do ideału dążyć - kto nam zabroni? Tylko my sami możemy to zrobić... Ideał z góry mówi nam - brak niepowodzeń. Niepowodzenia są zawsze. Sprzeczność. Bądź najlepszy jaki w tym momencie możesz być i nie słuchaj głupich ograniczających myśli, nie bój się także być lepszym od innych. Chcą cię zrównać do przeciętnej - nie daj się.

Tymże akcentem kończę mój dzisiejszy wpis,
dzięki za przeczytanie
mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście
piszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat
Trzymajcie się ciepło!
Paaaaaa! :)


sobota, 1 października 2016

O co warto walczyć, a o co nie?




Walcz tylko o to, co warto, bo nie ma nic gorszego niż walka o przebrzmiałe ideały, nieaktualne już pobudki myślowe, albo czyny niedokończone, czy o stan przemożnej chęci posiadania kogoś i bycia chcianym zwany szumnie miłością.

Nie walcz o zasuszoną różę, nie rozpamiętuj jej niegdysiejszego zapachu i miękkich płatków. Jedyne co możesz z nią sensownego zrobić to skruszyć i posprzątać. Albo trzymać jako pamiątkę, swoiste trofeum,ale czy dasz radę patrzyć na nią obojętnie?

Nie walcz o to co czas zweryfikował jako nieprawdę. Przywiązanie do obrony podważonych już racji to czysta hipokryzja i zwykła chęć podtrzymania choć części ze swojego dawnego audytorium.

Nie walcz o słodkie myśli, które zaprzątając ci tylko głowę skłaniały do robienia rzeczy banalnych, niepasujących zupełnie do sytuacji i stawiających cię w konflikcie z wewnętrzną prawdą.

Nie walcz o to, co ci zrobiono nie tak jak chciałaś, nie do końca w twojej koncepcji. Chciałaś by było zrobione należycie, oczekuj należytego. Schodzenie do poziomu akceptacji czynów niedokończonych, to pozwolenie komuś wejść na twoją głowę. Trzymaj się jasno postawionych granic. Nie rozpamiętuj więc pojedynczego przypadku statusu niedokończonego.

Nie walcz o relacje, w których górował egoizm. Schodzenie wciąż w dół nie jest godne rozpamiętywania. Miej zamiar wyjścia ponad to i przybliżony schemat realizacji tegoż wychodzenia – na początek.

Walcz o więdnące z dnia na dzień stałe relacje. Relacje z ludźmi, których spotykasz regularnie, z którymi żyjesz. Nie tłumacz się stwierdzeniem, że przecież to jest nie do stracenia. Nie bojąc się straty robimy się bardzo bezczelni.

Walcz o prawdziwego siebie, nie dawaj się stłamsić rzucanymi od tak opiniami, osądami. Nie kłam dla korzyści. Granie cudzej roli nie popłaca.

Walcz o Prawdę, nie dawaj się zaspokoić półprawdami, przemilczeniami, szarością, rozwodnionym alkoholem (względnie szamponem).  O Prawdę warto się szarpać.

Walcz o dobre imię twoje i twoich bliskich. Nie o subiektywną opinię innych. Pilnuj siebie. Nawet , gdy nikt nie patrzy. Ich też pilnuj. Nie pozwalaj sobie i im sądzić, iż jest się na tyle beznadziejnym, że nie warto się już starać zachowywać jak należy.

I w końcu walcz o życie. Bo jest ono niezwykle krótkie. Jak łatwo popaść w nicnierobienie i stagnację. Tacy ludzie są wszędzie. Zasługujemy na życie w obfitości. Musisz o to walczyć, bo nikt tego za ciebie nie zrobi. Znajdź w każdej chwili dostępną w niej „pełnię” i żyj nią.

________________________________

Moje dzisiejsze przemyślenia. Stos natchnień, którym ostatnio nie pozwalałam wyjść (spowodowane prawdopodobnie kilkumiesięczną przerwą w pisaniu wierszy, tudzież przelewaniu wnętrza na papier - najlepsza droga wyjścia) dał o sobie znać w to z pozoru nieciekawe, sobotnie popołudnie.

Jestem ciekawa Waszych refleksji , jak zawsze będę czekać na odzew :).

Trzymajcie się,
jest mi bardzo miło, że moje posty czyta coraz więcej osób
co daje mi  motywację do działania w sferze bloga
Miłej reszty weekendu! :)

wtorek, 27 września 2016

Maturalny zawrót głowy - czy aby na pewno?

Heeej Wam :).

Witam Was po prawie miesięcznej przerwie spowodowanej... nie, nie szkołą, po prostu - brakiem weny. Nie miałam pomysłu o czym pisać, a nie chciałam dawać byle jakich postów, to nie dodawałam.
Klasa maturalna właściwie jak każda inna, no ... może nie licząc przychodzenia na 7 dwa razy w tygodniu, aczkolwiek idzie się przyzwyczaić;).
Właśnie klasa maturalna - denerwuje mnie to wszechobecne gadanie szkolne typu; "to się może przydać do matury", "zróbcie to tak i tak, bo to będzie na maturze", "myślcie tak, bo to będzie w kluczu"... nauka dla samej nauki, w celu przełożenia jej na papier maturalny to totalny bezsens. Wolałabym, żeby mówili "to się przyda w życiu", "jak będziesz to i to wiedział to nie wyjdziesz na ignoranta podczas rozmowy o tym i tym z ludźmi, których poznasz" , "przesłanie tego utworu pomoże Ci w zrozumieniu tego aspektu ludzkiej psychiki", "dzięki rozwiązywaniu zadań z matematyki ćwiczysz koncentrację i wyrabiasz logiczny sposób rozumowania"... itd itd... Czy takie "powody" nie są bardziej zachęcające? Są. Ale nie... musi być powtarzanie bezsensownych schematów i uczenie się w jednym jedynym celu... a co potem? Przecież na studia dostaną się prawie wszyscy (pytanie tylko na jakie - po co iść na bezsensowne kierunki?;)), bo mamy niż demograficzny... jest zawsze też drugi nabór... jak nie ten kierunek to inny... Trochę przesadzam, mam nadzieję, że to zauważacie, bo oczywiście wiem, że na kierunki typu medycyna matura musi być napisana prawie że perfekcyjnie (choć na niektóre biorą wszystkich, mówił nam tak pan na pewnym uniwersytecie troszeczkę miej obleganym niż pewien krakowski), ale też owa matura to nie jest kwestia ostatniego roku i uczenia się dla samego uczenia.Moim zdaniem na dobry wynik w tej jakże głośnej i podniosłej maturze pracuje się już od gimnazjum, jak nie wcześniej. Jak ktoś uczciwie się uczy, nie oszukuje sam siebie, wie czego chce, jest solidny... to bez względu na to czy uczył się schematami w ostatniej klasie czy nie - maturę zda bardzo dobrze. A jak ktoś olewał sprawę to wiadomo... Nie rozumiem tego całego szumu i szału ostatniej klasy. Przecież tak naprawdę już teraz, jeśli się uczciwie zastanowić każdy wie, czy napisze maturę dobrze, czy też słabo. Ja osobiście mam małą wiarę w repetytoria, korki, uczenie się na ostatni rok i te sprawy, może mój sceptycyzm jest słuszny, może nie...Obserwacje jednak pokazały mi, że bardziej ta pierwsza wersja. Tak czy inaczej; nie ma cudów w tej kwestii.

Moim zdaniem należy się po pierwsze i najważniejsze zastanowić co się naprawdę chce robić w życiu, z tym że to rzadko spotykane w młodszych latach, że ktoś wie czego chce. Tak więc przykładać się od młodych lat do przedmiotów, które się po prostu najbardziej lubi. Nie bo mama każe, nie bo presja otoczenia. To co lubisz - i tyle. Co nie znaczy, że olewać inne, nie. Po prostu postawić sobie na celownik trzy lub cztery, które lubisz i które łatwo ci przychodzą. Później z biegiem lat jak będziesz już w tym liceum rób to dalej. I później zdaj je na maturze. Skoro to lubisz to zapewne znajdziesz jakiś kierunek, który ma z nimi coś wspólnego. Miej swobodę i nie daj się wkręcić w gadanie "patrzcie na te schematy, bo tak będzie na maturze", tylko po prostu wiedz to, że jesteś w czymś dobry, masz wiedzę i miej pewność, że sobie poradzisz. Pewność siebie pojawia się wtedy, gdy jest się dobrze przygotowanym.
Naprawdę ten "maturalny zawrót głowy" to nie jest konieczność. Znam osoby, które emocjonowały się tym cały rok, gadały o tym kiedy popadnie "matura matura", a napisały ją bardzo słabo, bo uczyły się tylko przez ostatni rok. Znam też osoby, które podeszły do tematu spokojnie, w ostatnim roku robiły tyle co i w poprzednich, a maturę napisały bardzo dobrze i dostały się na wymarzone studia.

Także, jeśli czytasz to i jesteś maturzystą, to już dziś możesz odpowiedzieć sobie na pytanie," jak sobie poradzisz?" tylko szczerze... zawsze można się starać ile sił, a nawet trzeba, jednakże życie zamyka pewne drzwi bardzo wcześnie. Z biegiem lat tych zamkniętych drzwi jest coraz więcej, a otwartych coraz mniej. Moim zdaniem sztuką jest zorientować się kiedy drzwi się poruszą i złapać w ostatniej chwili za klamkę, a najlepiej to wejść przez nie, gdy jeszcze będą otwarte na oścież.
Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Jest jednak druga strona medalu, trochę mniej prawdopodobna niż ta przedstawiona, jednakże czasem można też próbować zamknięte już drzwi wyważyć... Będzie to trudniejsze, niewątpliwie, będzie też trwało dłużej i nie ma pewności, że się uda tak, jak chcemy. Jednak nie niemożliwe. Czy więc starczy czasu, chęci i sił? To zależy od Ciebie.

Wszystkim Wam życzę powodzenia i motywacji w szkolnych działaniach, a nade wszystko rozsądku- by już zawczasu wybrać dobrą drogę, taką, która prowadzi do sukcesu. :)

Zamieszczam kilka zdjęć z ostatniego miesiąca i powoli żegnam się z Wami,
piszcie co u Was
3majcie się
Paaaaa! :)